Rozmowa na dzień dobry. Zniszczyłeś zabytek, musisz zapłacić
Jakub Drath, LoveKraków.pl: W weekend ogólnopolskie media obiegła informacja o tym, że służby konserwatorskie, wraz z policją i prokuraturą, wstrzymały nielegalną rozbiórkę hotelu w Zakopanem. Czy liczy Pani, że taki sygnał zniechęci przed kolejnymi dewastacjami?
Dr hab. Monika Bogdanowska, Małopolski Wojewódzki Konserwator Zabytków: Dobrze byłoby, żeby zniechęcił, choć musimy poczekać, by zobaczyć jaki będzie finalny efekt tej naszej interwencji. Robimy wszystko, żeby tego rodzaju działania ukrócić, bo jest to zachowanie absolutnie skandaliczne.
W Krakowie podobne „wejście” miało miejsce na ul. Szpitalnej. Ono też wywołało pewien szok, ale najwyraźniej nie podziałało wychowawczo, skoro w Zakopanem mówimy o dokładnie tej samej osobie.
Tak, najprawdopodobniej mówimy o tej samej osobie, choć ona te obiekty wydzierżawia i podnajmuje, więc nie chcę tutaj nikogo na wyrost oskarżać. Ale wszystkie te postępowania długo trwają. Nie możemy jak policjant wejść, nałożyć mandat i wziąć pieniądze. To jasno określona procedura: musimy wszcząć postępowanie, zawiadomić, pismo musi zostać odebrane albo powtórnie zwrócone i wszystko to trwa. Zdarza się też i tak, jak było w przypadku ul. Szpitalnej, kiedy inwestor odwołuje się od naszej decyzji i wtedy sprawa trafia do ministerstwa. Niczego nie jesteśmy tu w stanie przyspieszyć, a najlepszy efekt bylibyśmy w stanie osiągnąć, gdyby to działało na prostej zasadzie przewinienie – kara.
Co jest konieczne, żeby taka interwencja była skuteczna? Domyślam się, że inwestor uruchamia wtedy wszystkie możliwe drogi odwoławcze.
Ma do tego prawo, może się odwoływać. Musimy poczekać na podtrzymanie decyzji przez drugą instancję.
A co wtedy, kiedy trzeba działać szybko? Sama Pani stwierdziła, że nielegalne rozbiórki zdarzają się najczęściej w nocy albo w weekendy.
Były takie przypadki. W mniejszej skali takim przykładem było pomalowanie elewacji Domu pod Śpiewającą Żabą. Od razu poszłam na miejsce i wstrzymałam prace. Ale potem musimy odnaleźć inwestora i przekazać decyzję o wstrzymaniu prac. Musimy ocenić, czy były one prowadzone niezgodnie z pozwoleniem, czy w ogóle takiego pozwolenia nie było – tak jak przy ul. św. Sebastiana.
Duże inwestycje zwracają uwagę. A jakie kroki służby konserwatorskie mogą podejmować wobec takich pozornie nieistotnych zniszczeń, dokonywanych „małymi krokami”? Wielokrotnie publikowała Pani zdjęcia zniszczonych pieców, płytek na klatkach schodowych czy drzwi.
Mój urząd to Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków. Mam wrażenie, że mało kto to rozumie do końca. Nie jesteśmy od tego, żeby legitymizować niszczenie zabytków i każde nasze działanie musi być nakierowane na to, żeby te zabytki chronić. W przypadku pieców, płytek czy dekoracji malarskich ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, że to ma jakąś wartość. Więc musimy ważyć, czy ktoś o tym nie wiedział, czy myślał, że nikt nie zauważy, czy w pełni świadomie dokonywał aktu wandalizmu – a takie sytuacje też się zdarzają, kiedy ktoś np. celowo demontuje dach, żeby budynek został zalany.
Pewnie czasem się takim osobom udaje.
Faktycznie, odkąd objęłam stanowisko, martwi mnie poczucie bezkarności. Myślę, że zmiany w ustawie, które pozwoliły nakładać kary administracyjne, są mocnym sygnałem. Te postępowania są skomplikowane i trwają długo, ale jeśli będą konsekwentnie prowadzone, to jestem przekonana, że w dalszej perspektywie przyniosą spodziewany efekt. Ludzie wiedząc o tym, że grozi im postępowanie i że mogą stracić pół miliona, zastanowią się dwa razy. Oczywiście można powiedzieć, że przy dużych inwestycjach te pół miliona da się wkalkulować w koszty, ale to nie wszystko, bo półmilionową karę możemy nałożyć za prowadzenie prac bez zezwolenia. Natomiast osobno można dostać karę za zniszczenie zabytku i tym zajmuje się sąd, z oskarżenia prokuratora, więc do pół miliona naszej kary może dołożyć dziesięć milionów.
Ważna jest informacja, że służby nie pozostają w bezczynności. Od zmian w ustawie minęło mniej więcej półtora roku i jest bardzo wiele wszczętych postępowań, które gdzieś się toczą, a ich wymierne efekty będą wkrótce widoczne. Pieniądze z kar będą zasilać Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, co wydaje mi się bardzo sensowne, bo dzięki temu będą pieniądze na ratowanie zagrożonych obiektów. Taka była intencja: zniszczyłeś zabytek, to musisz zapłacić, by uratować jakiś inny.