Rybitwy. Tu nie da się żyć
Miejsce, które najpierw czuć
Autobus jadący na Złocień zatrzymuje się przy Półłanki. Przez szybę nagrywamy to, co jest dziś przemysłowym zapleczem miasta, a w planach – nową dzielnicą dla 60 tysięcy osób.
Kobieta stojąca obok patrzy na telefon i mówi:
– Tak się tutaj podoba, że nagrywacie?
Wysiadamy na skrzyżowaniu Półłanki i Christo Botewa. Ciężarówki przejeżdżają jedna po drugiej, co kilka sekund. W takiej przestrzeni rozmowa odbywa się rytmem hałasu, który ciągle przerywa myśli. Kobieta, która sama nawiązała temat, mówi, że największym problemem jest wysypisko.
– Jak oni w lecie wieczorem przemieszają śmieci, to o dwudziestej drugiej zaczyna śmierdzieć. Trzy, cztery godziny. To nie oczyszczalnia, ludzie różnie gadają, ale według mnie to wysypisko.
Mówi, że mieszka na Rącznej, przy kościele. – Jak zawieje w naszą stronę, to w mieszkaniu idzie wytrzymać tylko przy zamkniętych oknach – zaznacza.
Twierdzi, że dopóki nie było wysypiska, mieszkało się tu dobrze. Razem z mężem budują się pod Krakowem, w Czaplach Wielkich.
– Jak się mój mąż tu przeprowadził i poczuł ten smród, to powiedział, że się wyprowadzamy.
O masterplanie mówi, że to dla niej powtórka wcześniejszych pomysłów. – To bardzo podobny schemat. Wierzę, że coś powstanie, ale to potrwa lata.
Kobieta wspomina, że planowano tu kiedyś tramwaj.
– Potem to zatrzymali, bo mówili, że tu są mokre doliny. A przydałby się, bo autobus raz jedzie, raz nie jedzie. Czasem wypada z kursu.
O targu na Rybitwach: – Jak miałam sześć lat, to tam chodziłam z rodziną. Teraz jeździmy do Mogiły, tam przy cystersach.
Wraca do tematu zapachów. Opowiada, że latem okien nie da się otworzyć, że kontrole smrodu bywały nieskuteczne, bo odbywały się w godzinach, kiedy akurat nic nie czuć.
– Rodzice zamontowali klimatyzację. Większość już ma, bo inaczej się nie da w lecie. Okna nie idzie otworzyć.
Mówi, że deweloperzy intensywnie skupują działki. I że gdyby nie smród, zostałaby tu dalej.
– Ruch samochodowy da się znieść. Smrodu nie.
„Tu nigdy bym nie zamieszkała”
Przy ulicy Śliwiaka zatrzymujemy się przy kobiecie po sześćdziesiątce, która mówi, że uciekł jej autobus, więc może chwilę porozmawiać. Jest z Bieńczyc, do Rybitw dojeżdża „od niedawna”.
– W lecie śmierdzi. W zimie mniej, ale śmierdzi.
Kiedy wspominamy o nowych blokach, reaguje od razu: – Dziwię się, że tu tyle budują. A mają być jeszcze wysokościowce? Ja tego nie widzę.
Mówi, że całe życie pracowała w przemyśle skórzanym.
– Ja wiem, jakie toksyny są przy garbowaniu skóry. Dużo koleżanek już nie żyje. Myśmy pracowały w szkodliwych warunkach.
Na pytanie o ewentualne mieszkanie w tej okolicy odpowiada natychmiast: – Tu nigdy. W życiu. Nawet za darmo. To powinna być strefa przemysłowa.
Opowiada też, że jej syn zastanawiał się nad mieszkaniem w tej części miasta. – Powiedziałam mu: dziecko, pojedź tam i zobacz. Bo on nigdy tędy nie przejeżdżał. Pojechał i od razu odpuścił.
Kolejna ciężarówka przejeżdża za naszymi plecami, a kobieta mówi: – Tu się trzeba przekrzykiwać, żeby się słyszeć.
Dodaje, że przeprowadza się do Branic. – Tam potrzebuję przestrzeni, zieleni i spokoju.
„Ja tu mam dobrze”
Przy jednej z posesji, w miejscu bez chodnika, stoi ponad dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Dwa psy szczekają z podwórka, ona domyka jedno skrzydło bramy laską. Mówi, że czeka na córkę.
Pytamy o masterplan.
– Nic nie wiem. Ja tu mam dobrze.
O zapachu:
– Ja nic nie czuję.
O placu:
– Ludzie tam chodzą, mnie to nie przeszkadza.
Kilka razy życzy nam wszystkiego dobrego i wraca do czekania.
„Najgorzej śmierdziało przy placu”
W sklepie ekspedientka z Ukrainy przekłada batony. W Polsce mieszka cztery i pół roku, w Krakowie – dwa. Opowiada, że mieszkała przy ul. Skromnej, naprzeciwko cmentarza.
– W lecie było tak, że okien się nie otwierało. Strasznie śmierdziało.
Do pracy chodzi pieszo. – Ja na piątą muszę być, a połączenie jest takie, że idę z ronda z buta. Przez most.
O hałasie mówi, że jej okno wychodziło na drogę i nocą się go nie otwierało, bo ruch trwał cały czas.
– Najwięcej sprzedajemy alkoholu. Rano przed pracą i po pracy. Papierosy mniej, bo kupują całe kartony w innych sklepach. Starsi kupują tu z przyzwyczajenia. Ten sklep jest ponad trzydzieści lat.
Na pytanie, czy chciałaby wrócić w tę okolicę: – Na Skromnej może. Ale tam przy placu nigdy. Tam najbardziej śmierdzi.
Dodaje, że Warszawa jest dla niej lepsza od Krakowa. – Bo jest metro. Dojedziesz wszędzie.
O ewentualnym metrze na Rybitwach mówi: – To by dużo dało. Ja czasem idę czterdzieści minut pieszo, bo nie mam połączenia.
„Złotej kury nikt nie zabije”
Na placu sprzedawca siedzi na tyle białego dostawczaka. Przed nim worki z czosnkiem. Mówi, że jest spod Bochni. Pytamy o likwidację placu.
– Co chwilę coś wymyślają.
Wymienia, że kiedyś mówiło się o Proszowicach, o terenach huty, o hektarach, o przenosinach.
– To bajki, póki nie ma konkretów. Złotej kury, co znosi jajka, nikt nie zabije.
Handluje czosnkiem kilkanaście lat. – Roboty w cholerę. Klientów teraz na lekarstwo.
Podchodzi starsze małżeństwo. Pyta o cenę. – Ten po piętnaście, ten większy po siedemnaście.
Kobieta mówi, że przyjeżdżała tu latami po ziemniaki i warzywa, ale dziś jej się to nie opłaca. – W sklepie mam podobnie, a sklep mam pod nosem.
Mówi, że jest z Prokocimia i tam też czuć zapachy. – Jak w Płaszowie spuszczają, to śmierdzi. Najbardziej po dwudziestej pierwszej i dwudziestej drugiej.
Jej mąż dodaje: – I od tego, i od tamtego.
Na pytanie o plany miasta odpowiadają: – Tu plac pięknie zrobili. A teraz burzyć? To jak dom postawić i zawalić.