Sędzia nie stanie przed sądem
W piątek odbyło się posiedzenie sądu dyscyplinarnego. Rozpatrywany był wniosek prokuratury o zezwolenie do pociągnięcia do odpowiedzialności karnej sędziego Łączewskiego. Śledczy nie mogą być zadowoleni z decyzji, gdyż sąd umorzył postępowanie.
– Z motywów ustnych, podstawy prawnej orzeczenia oraz przebiegu wcześniejszych posiedzeń wynika, że sąd zakwestionował możliwość złożenia wniosku przez tego samego prokuratora, który wcześniej prowadził postępowanie z zawiadamiania SSR Wojciecha Łączewskiego – tłumaczy Tomasz Szymański, rzecznik prasowy sądu apelacyjnego. Warto zauważyć, że sędzia w tej sprawie miał status pokrzywdzonego.
Sąd odroczył sporządzenie pisemnego uzasadnienia postanowienia do siedmiu dni. Postanowienie nie jest prawomocne, stronom przysługuje zażalenie.
O co chodzi?
W 2016 roku sędzia rejonowy założył fikcyjne konto na Twitterze. Następnie rozpoczął prywatną rozmowę z – jak myślał – publicystą Tomaszem Lisem. Okazało się jednak, że to konto również było fałszywe.
Media wówczas doniosły, że sędzia krytykował władzę. Miał także zaproponować „zmianę strategii”. Następnie wyjawił swoje prawdziwe dane i zaproponował spotkanie. Fikcyjny „Tomasz Lis” zawiadomił o tym dziennikarzy portalu Kulisy24.pl. Tam też sędzia został zdemaskowany i opisany.
Po emisji materiału Wojciech Łączewski złożył doniesienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa – stwierdził, że ktoś włamał się na jego konto. Śledczy sprawę umorzyli, a zgłaszający sam usłyszał zarzut: doniesienia na przestępstwo, którego nie było i mówienie nieprawdy.
Jak informuje Prokuratura Regionalna w Krakowie, zlecona przez śledczych ekspertyza jednoznacznie wskazała, że nikt poza sędzią nie miał dostępu do jego konta na Twitterze.