„Skrzydełko czy nóżka”? Michelin ma typ, gdzie można dobrze zjeść w Tarnowie
Swego czasu Andrzej Cygan odłożył trochę grosza. Chciał go pomnożyć. Pomyślał na początku o domu weselnym. Nisza była, bo w Tarnowie nie ma ich wiele, a przecież ludzie żenić się będą. Nie ukrywa, że wcześniejsze jego związki z gastronomią ograniczały się do jedzenia w restauracjach.
– Pomysł miałem taki, żeby zapewnić dzieciom stabilny interes, żeby pracowały na swoim Na początku nie wyglądało to różowo. Gdy stawialiśmy budynek, trwał COVID. A my mieliśmy ambitny projekt, żeby wszystko było ładne i dopracowane. Szczególnie wewnątrz – opowiada.
Nie oceniaj cukierka po papierku
Bryła restauracji „Aurora” na pierwszy rzut oka nie powala. To piętrowy, betonowy budynek. Niemal identyczny, jak sąsiednia hurtownia firanek.
W środku natomiast miłe rozczarowanie. Widać dbałość o każdy detal. Jest rokokowo. Aniołki, stiuki, ptaszki w klatce… Na piętrze kilka pokoi hotelowych. Dla kogoś może nawet kiczowato. Ale wszyscy mówią, że restauracja się wyróżnia.
Odwiedzającym poleca się odwiedzenie… męskiej toalety i zerknięcie na sufit. Po co? Każdy może sprawdzić.
Lokalizacja też nieco na uboczu. Ulica Czerwona? Ni to jeszcze centrum, ni to już Mościce. Nawet ulokowany w pobliżu przystanek autobusowy „Dziewiątki” jest na żądanie.
– Ale już przed otwarciem wiedzieliśmy, że to może być atut. Ludzie nie zawsze lubią spotykać się „na mieście”. Tuż po otwarciu mieliśmy trochę klientów biznesowych i tak z domu weselnego przeszliśmy na to, by prowadzić normalna restaurację – twierdzi Krzysztof Cygan, menadżer lokalu.
Kto „trzyma fartucha”?
Docieranie biznesu trwało, jak słyszymy, dwa lata. Zmieniały się ekipy kelnerskie i kucharze. Dziś w kuchni rządzi Grzegorz Lis. To pasjonat gotowania, ale ma „papiery kucharskie”, bo jest absolwentem tarnowskiego gastronomika.
Przed „Aurorą” karmił gości w Tarnowie, Dąbrowie Tarnowskiej czy Mielcu.
– Zamiłowanie do gotowania pewnie o trosze wyniosłem z domu. To pomoc mamie, ale i podpatrywanie, jak sobie radzi siostra, która też pracuje w gastronomii. Ale kuchnia to nie przepisy z książki, ale samodzielna nauka. Mówiąc obrazowo, to wiele razy przecięte palce i poparzony język – opowiada.
Sam bardzo lubi kuchnię dalekowschodnią, szczególnie koreańską.
Nie jest typem szefa kuchni pokroju Gordona Ramsay’a. W pracy ceni sobie spokój i dokładność.
– Nie ma nic gorszego niż nerwy i krzyk. To potem czuć na talerzu – twierdzi.
Przyjechali następcy Louisa de Funes
O tym, że trafili w orbitę zainteresowań inspektorów Michelina dowiedzieli się z maila.
- To było gdzieś pół roku temu. Przyszła wiadomość, żebyśmy się szykowali, bo jesteśmy brani pod uwagę – opowiada Krzysztof Cygan, menedżer lokalu.
Od tego czasu bardziej niż zwykle zaczynali przypatrywać się gościom. Mieli nawet swoje typy co do potencjalnych jurorów.
– Oczywiście, że obstawialiśmy. Myślę, że chyba nawet trafiliśmy. Ale nigdy nie było tej stuprocentowej pewności. Wydaje się nam, że mieliśmy odwiedziny trzy razy. Zawsze była to para. Dania brali z karty. Przystawka, zupa, danie główne. Czasem deser. I zawsze wino. W Tarnowie nie ma aż tak wielu ludzi, którzy oczekiwaliby, że sparujemy im wino do potrawy – sądzi menadżer.
Później przyszło zaproszenie na galę. Ale samo zaproszenie nie wiązało się jeszcze z faktem otrzymania wyróżnienia. Laureatami poczuli się dopiero wówczas, gdy wzięli do ręki czerwoną tabliczkę z wypisanymi białymi literami nazwą organizatora konkursu.
„Czy można przyjąć zamówienie?”
Otwieramy kartę. Nie jest specjalnie rozbudowana. Ale to ponoć dobrze. Ceny? Nieco wyższe niż umiarkowane. Można powiedzieć, że krakowskie.
Z przystawek – klasyczny tatar za 54 złote. Szparagi w tempurze wyceniono na 28 zł, Baba Ghanoush, na którą składają się tahini, pieczony bakłażan, grzanka, oliwa ziołowa, granat i świeże zioła kosztuje 28 zł a sałatka z melonem – 43 zł.
Spośród zup można wybierać między innymi spośród miso za 34 złote. Jest te ż krem z młodej botwiny, który jest o sześć złotych tańszy.
A jeśli chodzi o dania główne? Coś dla siebie znajdzie miłośnik kuchni Dalekiego Wschodu, jak i koneser gotowania w stylu europejskim. Przykładowe potrawy? Sandacz z kuskusem w sosie cytrusowym za 58 zł, tyle samo trzeba zapłacić za pierś z perliczki z karmeliowaną brukselką w sosie z yuzu 58 zł. Olbrzymia, rozpływająca się w ustach kałamarnica Humboldta z fasolą edamame kosztuje 62 zł, udon, czyli grzyby enoki w tempurze z masłem truflowym i ziołami – 56 zł. Jednym z najdroższych dań jest stek z pudrem bekonowym, szparagami i sosem z fermentowanego czarnego pieprzu. Trzeba za niego zapłacić 135 zł.
Zresztą steki to ulubione i popisowe danie Grzegorza Lisa.
– Szczególnie lubię te sezonowane na sucho. W Tarnowie jest klient na dobrego steka. A my mamy lepsze niż w Anglii – chwali się kucharz.
Na słodko mamy sernik baskijski z owocami, białą czekoladą, dwa rodzaje lodów i tartoletkę cytrynową. Wszystko po 28 zł.
Wszystko można popić lemoniada, której szklanka 0,3 kosztuje od 15 do 18. Litrowa woda w kafarce to wydatek rzędu 10 zł. A po wszystkim, na dobre trawienie przyda się włoskie espresso, które kosztuje 8 złotych.
Karta jest wymieniana kilka razy w roku. Pracują nad nią wszyscy kucharze, których w „Aurorze” jest czterech.
– Stawiamy na sezonowość. Teraz w menu mamy jeszcze szparagi, ale już zaczyna się bób. Potem, w lecie, przyjdzie czas na sałatki. Jesienią i zimą cięższe, bardziej kaloryczne dania, czyli kaczka czy policzki wołowe – wylicza Grzegorz Lis, szef kuchni.
Rewolucja pożarła własne dzieci
Tarnów niezbyt często gości na ogólnopolskich antenach w tematyce kulinarnej. Zresztą miasto też nie posiada specjalnego dania, które byłoby jakimś wabikiem dla smakoszy.
Próbowano karmić ludzi czymś, co nazwano „Maczanką po tarnowsku” czy „Szpadą hetmana”. Ale pierwsze z dań było podróbą maczanki krakowskiej. W drugim przypadku jedynym ciekawym akcentem było opowiadanie przez kelnera historii miasta podczas nakładania mięsiwa ze szpikulca.
Za schyłkowego PRL-u, w podcieniach przy ul. Wałowej, można było zjeść „Pizzę Tarnowską”. Był to kawał ciasta, obficie posypany pieczarkami i polany keczupem. Po latach, na fali sentymentu, danie to próbował wskrzesić w swojej restauracji Marek Ostrowski.
Ostatnio natomiast było głośno o małżeństwie kucharzy, którzy prowadzą włoską restaurację w Tuchowie pod Tarnowem. Powód był taki, że wzięli udział w przygotowaniu najdłuższego tiramisu na świecie.
Raz czy dwa razy zagościł w Tarnowie Robert Makłowicz. Zjadł w „Bristolu” przy ul. Krakowskiej oraz restauracji „Pół na Pół”, serwującą włoską kuchnię, która mieści się w Pasażu Tertila, obok Rynku. Smakowało mu.
Cztery lokale próbowała reanimować Magda Gessler. Były to: Restauracja „Braterska” przy ul. Szujskiego, 1, 2, 3, która swoja siedzibę miała w dawnej mykwie przy placu Więźniów Auschwitz, Jan-Sushi przy Krasińskiego oraz Bujani Pizza, która swój lokal miało przy Urszulańskiej, obok parkingu domu handlowego Oskar.
W pierwszym przypadku smakoszy miała porwać zupa pomidorowa oraz karkówka, w drugim – kanapki, zwane „sznytkami”, w trzecim – dziczyzna.
Wszystkie „Kuchenne rewolucje” zakończyły się kompletną klapą. „Braterska” padła na dobre a lokal jest do wynajęcia. Pusta przestrzeń jest też przy ul. Urszulańskiej. Ale „Bujani” oraz Jan Sushi ocalały. Bo wróciły do menu sprzed rewolucji. A Krzysztof Chuderski, zamiast przyrządzać karpia po żydowsku, gotuje dziś ramen przy ul. Wałowej, w dawnej restauracji chińskiej.
Czy o stworzenie „karty tarnowskiej” pokusiłby się szef kuchni w „Aurorze”?
– Oryginalny nie będę. Coś musiałoby być z tarniną. Może wołowina? Na pewno czerwone mięso. Z zup, pewnie poczciwa grzybowa. Przecież w okolicach mamy takie lasy, że jak już wejdziesz, to wyjść nie możesz. Taka zupa mogłaby stać się jesiennym hitem – uśmiecha się Grzegorz Lis.
Przez żołądek, via portfel, do serca?
Na fali sukcesu „Aurory” prezydent Jakub Kwaśny zamarzył, by kulinaria uczynić jednym z atutów promocyjnych Tarnowa. A także zachęcić mieszkańców do tego, by zamiast samemu stać nad kuchnią, skorzystać z ofert miejscowych restauracji.
– Startujemy z kulinarną mapą Tarnowa. Zapraszamy wszystkich restauratorów do tego, aby podpisać z nami porozumienie ramowe. Zaoferować mieszkańcom Tarnowa z kartą miejską w wersji Premium 10 procent zniżki. I znaleźć się na kulinarnej mapie Tarnowa – oświadczył w mediach społecznościowych.
Odzewu restauratorów, póki co, nie znamy.
A co, jeśli ktoś zachciałby biesiadować „po tarnowsku” w domowych warunkach? Na dziś, długie jesienne wieczory może sobie umilać herbatką „Tarninówkę”. Starsi mogą „w wersji premium” rozgrzać się i nalewką o tej samej nazwie.
Życie osłodzi też na pewno „Tertilówka”, którą można kupić w najstarszej kawiarni tarnowskiej „Tatrzańska”. Składa się ona z ciasta podobnego do murzynka, przekładanego powidłem śliwkowym, kremem, polanego czekoladą.