Słodkie życie po udarze
Mieszkanie przy ul. Sołtysowskiej ma zaledwie 25 metrów kwadratowych. W kuchni stoją dwa piekarniki, kilka misek, foremki i lodówka, która często pęka w szwach od ciast. To tutaj pan Marek, były przedsiębiorca budowlany, dziś osoba z niepełnosprawnością, piecze swoje serniki, makowce i torty. Nie dla siebie. Dla ludzi, którzy zamawiają u niego wypieki. Dla sąsiadów, znajomych i firm, które powoli zaczynają go odkrywać. A przede wszystkim – dla siebie samego. Bo każde ciasto to kolejny krok w rehabilitacji.
– Zawsze lubiłem bawić się w kuchni, eksperymentować. Jak byłem zdrowy, to nie miałem na to czasu – pan mówi Marek. – Całe życie coś robiłem i byłem aktywny. Dla mnie takie siedzenie i nic nierobienie w ogóle było nie do przyjęcia – podkreśla.
Amerykański sen, polska rzeczywistość
Przez 17 lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Miał własną firmę remontową. Pracował ciężko, radził sobie dobrze. Wrócił do Polski na początku 2017 roku. Miał plany, chciał dalej pracować w swoim fachu.
Los zadecydował inaczej. Pewnego dnia dopadł go udar krwotoczny. – Uziemiło mnie. Już nie mam szans, by wykonywać jakieś prace na zewnątrz, bo cała moja prawa strona jest sparaliżowana. Mam jej niedowład – opowiada. – Długo mi zajęło, zanim wróciłem i fizycznie, i psychicznie do jakiejś normalności. Bo to mnie bardzo pogrążyło – przyznaje.
Dziś Marek ma orzeczony znaczny stopień niepełnosprawności. ZUS odmówił mu renty, a ze Stanów nie dostał świadczenia – zabrakło mu dziewięciu miesięcy pracy. Utrzymuje się z zasiłku stałego z MOPS-u, a na same leki wydaje miesięcznie ponad 600 zł.
Słodki początek
Pasja, która stała się sposobem na życie, narodziła się przypadkiem. Gdy po udarze trafił do miejsca zbiorowego zamieszkania, mieszkał z kilkunastoma innymi mężczyznami. To właśnie tam zaczął piec. Najpierw przygotowywał dżemy, potem przyszedł czas na ciasta.
– W domu, w którym mieszkałem, było przeważnie 12–15 chłopaków. Miałem na kim testować te moje wyroby – śmieje się. – Żona zawsze chciała tylko kupować, nigdy piec. A dzieci wolały, żebym ja coś upiekł czy ugotował. Serniki były dla mnie zawsze na pierwszym miejscu, bo ja bardzo lubię ser. I szarlotki. To były moje pierwsze ciasta – wspomina.
Internet stał się dla niego największą książką kucharską. Wyszukuje przepisy, testuje, modyfikuje. Gdy coś się uda – dodaje do swojej oferty. Gdy nie – zaczyna od nowa.
Torty i makowce
Dziś jego repertuar jest imponujący. Słynne ciasto marchewkowe, wilgotny makowiec królewski, ciasto „pijana śliwka” z rumem, lekkie ciasta z galaretką i owocami latem, a zimą serniki i makowce. Robi też torty – choć, jak przyznaje, to spore wyzwanie.
– Mam ograniczone możliwości ruchowe, więc potrzebuję dużo czasu na zrobienie takiego tortu – tłumaczy. – Tort zaczynam robić trzy dni wcześniej. Ale praktycznie raz w tygodniu już mam zamówienia – dodaje.
Jego klientami są prywatne osoby, ale też firmy. Rok temu przygotował trzysta słoików dżemu dla Poland Business Run. Niedawno jedna z pracownic tej firmy zamówiła od niego ciasta na wewnętrzną imprezę. – Dużo ludzi dzwoniło do mnie i pisali, że ciasta są przepyszne. Wszystkie zeszły. Tak to się kręci – cieszy się pan Marek.
Mała kuchnia, wielkie marzenia
Marek pracuje w maleńkim mieszkaniu. Każdy wypiek to logistyczna łamigłówka: zakupy, transport składników w plecaku, brak miejsca na magazyn. – Nie mam tu jeszcze takich warunków, by była to kuchnia z prawdziwego zdarzenia. Chciałbym mieć kuchnię z dużą lodówą, z miejscem na magazyn i więcej klientów – marzy.
Wszystko, co zarobi, odkłada na rehabilitację. Wie, że nie odzyska pełnej sprawności. Ale dzięki ćwiczeniom utrzymuje stan zdrowia i walczy, by nie było gorzej.
Samotność
Marek piecze sam. Mieszka sam. Sam też znosi zakupy, zamawia jajka od zaprzyjaźnionej gospodyni, dba o czystość i porządek. Samotność towarzyszy mu na co dzień – i bywa trudniejsza niż ograniczenia ciała. Chciałby poznać panią, która byłaby w stanie zaakceptować jego ograniczenia, z którą mógłby stworzyć prawdziwy dom.
– Jak zacząłem tutaj mieszkać sam, poczułem, że mam warunki. Nikt mi nie przeszkadza, nie wkłada paluchów. Ale jest też druga strona – cisza, która czasami jest trudna do zniesienia – przyznaje.
Ciasta są więc nie tylko źródłem dochodu i rehabilitacji. Są terapią. Każdy sernik czy makowiec to kawałek codzienności, która daje mu sens.
– Ja uwielbiam piec. To jest bardzo pasjonujące i uwielbiam to robić – mówi z uśmiechem. – Nie nadaję się do roboty w fabryce, żeby codziennie robić to samo. A z ciastami jest inaczej – zawsze coś nowego, inne zamówienie, nowa dekoracja. To mnie trzyma przy życiu – tłumaczy.
Słodkie życie po udarze
Nie wiadomo, jak długo będzie mógł utrzymać mieszkanie i czy starczy mu na leki. Ale Marek nie narzeka. Dziś najważniejsze są dla niego dwie rzeczy: rehabilitacja i możliwość pieczenia.
Marzy o większej kuchni. O lodówce, w której zmieściłoby się kilka tortów naraz. O tym, by ludzie jeszcze bardziej poznali jego wypieki. Ale przede wszystkim – o tym, by móc dalej piec.
Bo choć życie go nie oszczędziło, on znalazł sposób, by je osłodzić.