Słonie, Mentawajowie i magma [Reportaż]
Pojechała tam, by studiować język indonezyjski. Jej przygoda trwała dokładnie jedenaście miesięcy. W ramach wolnego czasu, podróżowała i zwiedzała wyspy. Zaznała przejażdżki na słoniu, popłynęła drewnianą łódką wśród lasów tropikalnych i aligatorów. Mieszkała w chatce bambusowej, obejrzała spektakl Ramajany i zdobyła wulkan. Tak Ola odkrywała zakątki Indonezji, zapoznawała się z jej kulturą i tamtejszą ludnością. Pobyt w tym kraju wiele ją nauczył i umożliwił własną obserwację życia mieszkańców wysp. Czego doświadczyła?
– Nie opowiem o całej Indonezji, bo nie da się o niej opowiedzieć. To jest tygiel etniczny, zróżnicowanie kulturowe – mówi Ola, stypendystka i studentka języka indonezyjskiego. Podróżniczka mieszkała w południowej Sumatrze. – Ona była najbliżej mojego serca, najwięcej czasu tam spędziłam, była najmniej uczęszczana przez turystów. Udało mi się zobaczyć tam naprawdę ciekawe miejsca – opowiada Ola.
Obcięte kły i przypiłowane nosy
Na Sumaarze Ola mogła zobaczyć park Way Kambas, w którym zanotowano największą liczbę słoni i nosorożców. – Ja miałam tę przyjemność, że razem z opiekunami z uniwersytetu, pojechaliśmy aż do serca tego parku, gdzie mogliśmy mieszkać przez tydzień, w takich bambusowych chatkach i mieliśmy okazję te słonie zobaczyć na żywo – mówi. – Te słonie są właściwie bardziej przeznaczone do badań niż dla turystów. Większość z nich ma obcięte kły. Jest to zaznaczenie tego, że należą one do parku oraz żeby uniknąć kłusowników, którzy zabijają te słonie dla samych kłów – dodaje. Podróżniczka doświadczyła też przejażdżki na grzbiecie słonia. – Było bardzo fajnie, ale nie chciałabym jeszcze raz tego przeżyć, chociaż słonie były bardzo spokojne – żartuje Ola.
Poza słoniami, w parku Way Kambas można było zaobserwować także nosorożce z przypiłowanymi nosami. – Każdy nosorożec jest monitorowany w tym parku i posiada specjalne chipy. Przed kłusownikami uciec się jednak nie da i są one ciągle zabijane, ich liczba maleje z tygodnia na tydzień – przyznaje Ola. Nie brakowało również małp i szympansów. – One szybko uciekały w wyższe partie drzew, więc nawet nie dało się zbytnio zrobić zdjęcia – dodaje. Ola, wraz z opiekunami z uniwersytetu, miała okazję podziwiać lasy tropikalne, płynąc wśród nich drewnianą łódką. – W mniejszych chaszczach były też aligatory – żartuje.
Raj dla surferów
W południowo-zachodniej część Sumatry, przed oczyma podróżników, ukazały się rajskie plaże Krui. – Krui słyną na Sumatrze z surferów, ponieważ co roku jest organizowany festiwal czy zawody surferów. Te fale potrafią być naprawdę wysokie w swoim okresie suchym, także z Australii, ze Stanów, a właściwie z całego świata, przyjeżdżają tam surferzy, żeby posurfować – mówi Ola. Na plażach tych można znaleźć sporo krabów oraz rybaków, przesiadujących tam przez długi czas. Nie brakowało też dzikich plaż bez żadnego zasięgu czy komunikacji, gdzie można dostać się tylko jeepem bądź skuterem. Po drodze – głównie lasy, plantacje chili i kawy.
Szum morza jak muzyka
Uczestnicy wyprawy mieszkali w chatkach bambusowych, a poza lasami tropikalnymi i plażami, nie dało się nie zauważyć ogromnych pól ryżowych, którym nie było końca. Sami sobie gotowali, czasem tylko mieli dostęp do elektryczności, a kąpali się w morzu i rzece. – Ten szum morza był niesamowity, brzmiał jak muzyka – opowiada Ola. – Woda krystaliczna, jeszcze nigdy się w czymś takim nie kąpałam – żartuje. Sumatra w dziewięćdziesięciu pięciu procentach jest krajem muzułmańskim i w związku z tym, podczas takich kąpieli, kobiety muszą mieć na sobie getry bądź co najmniej szorty i podkoszulki. – Z białych ludzi byłam tam tylko właściwie ja i mój znajomy, z którym przyjechaliśmy, natomiast wszyscy to byli Indonezyjczycy lub Koreańczycy i Japończycy – dodaje.
„Hey mister! Photo, photo!”
Ola wspomina, że mieszkańcy chatek bambusowych często wypływali łódkami, łowili ryby, a na plażach można było spotkać rzeszę dzieci, biegających za cudzoziemcami. – Indonezyjczycy są bardzo ciekawi turystów, a ten zaś, w ich rozumieniu, to głównie biały człowiek. Dzieciaki biegają za nami, proszą o zdjęcia. Bez względu na to, jaką ma się płeć, zawsze jest się okrzyknięty „misterem”. Wołają ciągle: „Hey mister! Photo, photo!” – mówi Ola. – Indonezyjczycy są bardzo ciekawi, skąd jesteśmy, jak mamy na imię, czy mamy chłopaka bądź dziewczynę – dodaje.
Z lasów bądź wiosek
Miejscem, które odwiedziła ekipa, była też Wyspa Mentawajów. – Aby dostać się na Wyspę Mentawajów, należy wziąć statek i płynąć nim trzynaście godzin na zachód – opowiada Ola. Grupa etniczna Mentawajów słynie z tatuaży, a mają je ci Mentawajowie, którzy mieszkają w lesie tropikalnym. – Mentawajów należy rozróżnić na tych, którzy mieszkają w lesie i tych mieszkających na wsi – zwraca uwagę Ola. Jedni więc żyją w lesie, pokolenie po pokoleniu i mówią po mentawajsku, inni natomiast opuścili go i przeprowadzili się do wiosek. Tam uczęszczają do szkoły oraz pracują.
– Ja wybrałam się na taki ośmiodniowy trekking do lasu, żeby odwiedzić tych korzennych Mentawajów, zobaczyć ich tatuaże, pomieszkać trochę z nimi, zobaczyć jak żyją – mówi Ola. Wspomina też, że w drodze na wyspę, na statku panował azjatycki harmider. Przebywały tam głównie osoby zajmujące się handlem i surferzy. Później trzeba było przesiąść się na inny, lokalny statek, którym podróż trwała jeszcze przez sześć godzin.
Jak baletnice
Mentawajowie mieszkają w małych chatkach, a wszędzie porozwieszane jest pranie. Na każdym kroku znajdują się znaki, wskazujące gdzie należy uciekać przed tsunami. Suszy się tam kakao, a na terenie wysp Mentawajów, można znaleźć kościoły katolickie. – Jest bardzo ważne, żeby rozróżnić chrześcijaństwo pomiędzy katolików i protestantów, bo na Sumatrze jest bardzo dużo protestantów – mówi Ola. Wspomina też, że przebywała tam w kwietniu po porze deszczowej, a więc było wówczas gorąco, duszno i błotniście. – Były tam w lesie ułożone bale z drewna, ale ja się cały czas z tego ześlizgiwałam, piach wbijał mi się w kostki i łydki – opowiada Ola. – A panie, które zbierały mango i kakao w lesie, poruszały się prawie jak baletnice – dodaje.
Cappuccino u Mentawajów
– Prawdziwych Mentawajów już nie ma, jest głównie sam wytwór kulturowy – zauważa Ola. – Ja byłam nastawiona na to, że pojadę na te wyspy Mentawajów i jakaś antropologiczna idea mnie ogarnie, że będę mogła żyć wśród tych ludzi. Jak tylko przyszliśmy do gospodarstwa, to pan zapytał się, czy jesteśmy zmęczeni i czy mamy ochotę na cappuccino – żartuje. – Uwielbiają też zupki chińskie – dodaje.
Teatr z żywiołem
Z kolei w czasie wyprawy na Jawę, można było zaobserwować stupy buddyjskie, a wewnątrz nich – płaskorzeźby z wizerunkami Buddy. Miejscowa ludność wierzy, że dotknięcie stupy przynosi szczęście. Oprócz buddyjskich, sporo jest tam również świątyń hinduistycznych. – Kultura jawajska jest bardzo zakorzeniona w kulturze indyjskiej, głównie właśnie w tych eposach jak „Mahabharata” czy „Ramajana” i Bardzo znany jest tam balet Ramajana. Tutaj ubiór indyjski miesza się z jawajskim – mówi Ola. – Ja pewnego wieczoru wybrałam się na przedstawienie Ramajany, czyli indyjskiego eposu w wykonaniu indonezyjskim – kontynuuje. – To wszystko odbywało się na zewnątrz, właśnie przy tych świątyniach, a przy tym muzyka była na żywo. W tym balecie nie było dialogów, wszyscy tylko tańczyli, a my siedzieliśmy w kamiennych krzesłach wokół sceny – dodaje. – Był to bardzo realistyczny balet, w pewnym momencie zaczęły płonąć stosy i z tyłu cała scena stanęła w płomieniach – zauważa uczestniczka wyprawy.
Magma, siarka i maski
Ola wspomina też, że odbyła kilkudniową wycieczkę do doliny wulkanicznej w środkowej Jawie. To bardzo żyzna kraina, było tam zimno, w związku z czym, musiała ona spać w czapce. Jest tam wiele pozostałości po wulkanach, jak magma i nieustający zapach siarki. – Były tam prozaiczne balustrady, ale można było wdepnąć w taka malutką magmę, która właściwie mogła stopić stopę i oni w ogóle się tym nie przejmowali – mówi Ola.
Na Jawie zachodniej, nie obyło się bez wycieczki na wulkan. Podróżniczka zwraca uwagę, że po drodze, można było kupić tam w zasadzie wszystko, od kwiatów po pościel. Na wulkanie wszystko było strasznie zakurzone i ekipa musiał schodzić w maskach. Ola wspomina, że chociaż droga nie była długa, to jednak męcząca.
„Oni cały czas śpiewają”
Poza licznymi świątyniami buddyjskimi i hinduskimi, w Indonezji znajduje się też sporo konfucjańskich, bowiem kraj ten zamieszkuje wiele Chińczyków. Budynki są zadbane, zawsze palą się w nich płomienie. Oprócz tego, jest sporo innych ciekawych miejsc i zjawisk społecznych, które przyciągają uwagę turystów. – Indonezyjczycy bardzo lubią śpiewać, na każdym kroku można znaleźć budynki, w których odbywa się karaoke. Tylko, że to nie jest takie karaoke, że się przychodzi ze znajomymi, pije piwo i śpiewa. Tam są specjalne pokoje, gdzie po prostu się wchodzi po cztery, pięć osób i się śpiewa na czas. Jak kogoś nie stać, to idzie na ulicę, daje jakąś symboliczną kwotę i śpiewa, a wszyscy przyklaskują i przyśpiewują. Nie ważne, czy się potrafi śpiewać czy nie – oni cały czas śpiewają – opowiada Ola.
Wśród wysp, które odwiedziła Ola, znalazła się również Bali. Jak zauważyła podróżniczka, jest ona droga i komercyjna, ale mimo wszystko – ciekawa, ze względów antropologicznych. Także słynie ona z surferów. Niestety są tam brudne i zaśmiecone plaże, co psuje jej wizerunek. Ciekawym miejscem, jakie odwiedziła Ola, była również wyspa Lombok – w odróżnieniu od hinduistycznej Bali, typowo islamska i jak większość obszarów indonezyjskich, wulkaniczna.
Monika Jaracz