„Śmierć mieć codziennie przed oczyma”. Tynieckie ars moriendi
31 października, 2025 rok, około 10 stopni. Słoneczny piątkowy poranek. W taki dzień nie chce się myśleć o śmierci.
Pod cmentarzem parafialnym w Tyńcu stoi na razie kilka samochodów. Prawdziwa gorączka zacznie się około 11. Układanie kwiatów i zniczy, zamiatanie żółtych liści zalegających na granitowych płytach – tak wyglądają ostatnie przygotowania grobów przed uroczystościami Wszystkich Świętych.
Z reguły św. Benedykta: „Śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma”
W klasztorze Benedyktynów w Tyńcu jest miejsce, w którym mnich rozpoczyna swoje nowe życie we wspólnocie. Tam też, jeśli warunki sprzyjają, kończy swój pobyt na ziemi.
To gotycki kapitularz, gdzie wiszą dwa obrazy: jeden przedstawia św. Benedykta przyjmującego braci do wspólnoty, drugi – śmierć założyciela zakonu. Mnisi mają określony ceremoniał, który zarówno umierającego, jak i całą wspólnotę przygotowuje na tę chwilę.
– Gdy nasz brat upada na siłach, leży w swojej celi i wspólnota wyczuwa, że zbliża się tajemnica jego odejścia z tego świata, uruchamiane są odpowiednie „procedury”. Na tablicy ogłoszeń znajduje się informacja, jak bracia mają się zachowywać w tych chwilach, które są trudne, ale przez wiarę postrzegane także jako radosne – opowiada o. Stanisław, proboszcz parafii św. Piotra i Pawła, a także i podprzeor tynieckiego klasztoru.
– Priorytetem jest zapewnienie umierającemu opieki sakramentalnej, aby jego przejście miało sens odkupienia i przygotowało go na wieczność w niebie, jako chrześcijanina i mnicha. Jeśli brat jest jeszcze przytomny, bracia rozmawiają z nim o niebie, pomagają mu w tej drodze, a także pytają o jego ostatnią wolę – na przykład, czy chce komuś coś zostawić.
– Kiedy stan się pogarsza, brat traci przytomność lub znajduje się w agonii, a moment śmierci wydaje się bliski, wspólnota gromadzi się przy jego łóżku. Przychodzą bracia przebywający w domu, na czele z opatem, oraz infirmariusze, czyli osoby opiekujące się chorymi. Zapalają świece i rozpoczynają modlitwę przy umierającym – odmawiają różaniec, czytają Pismo Święte lub specjalne modlitwy na odejście z tego świata. Trwają przy nim aż do chwili zgonu.
– Po śmierci ciało zmarłego jest przygotowywane. Brat jest myty (czasami, jeśli był przytomny, mógł być ubrany wcześniej) i odziewany w strój zakonny: habit, szkaplerz. Odmawiane są ostatnie modlitwy, śpiewa się „Salve Regina” lub inną pieśń.
– Następnie dopełniane są formalności. Zamawiana jest trumna, gdyż we wspólnocie nie praktykuje się kremacji. Bracia wkładają ciało zmarłego do trumny, a ręce są odpowiednio układane i obwiązywane różańcem, aby się nie rozeszły. Na koniec, po pewnym czasie, trumna jest przy śpiewie braci znoszona i przygotowywana do ceremonii pogrzebowych – tłumaczy.
Ręce owinięte różańcem
Niemalże równo 27 lat temu w swojej pracowni historycznej zmarł o. Paweł Szczaniecki. Obecny przeor był wtedy studentem i przy okazji świadkiem tego, jak ciało mnicha było składane w trumnie.
Po pewnym czasie rozpoczęło się uroczyste znoszenie trumny, które odbywało się przy śpiewie braci. Procesja musiała pokonać strome i ciasne schody z pierwszego piętra, co było dużym wyzwaniem. Podczas znoszenia trumny doszło do… zdarzenia.
– Nagle jedna z tych rąk, obwiązana różańcem, po prostu się wysunęła poza trumnę. I wszyscy krzyknęli, jak jeden mąż. Było nas chyba sześciu albo ośmiu. Wszyscy się serio przeraziliśmy – opowiada o. Stanisław z uśmiechem. Bo to człowiek o radosnym usposobieniu, który nawet o rzeczach ostatecznych potrafi opowiadać w taki sposób, że choć na moment nie trzeba się ich bać.
Następnie procesja, przy śpiewie, ze świecami i krzyżem, przeniosła zmarłego do kapitularza.
Trumna z ciałem jest ustawiana na katafalku i rozpoczynają się czuwania modlitewne. Bracia zmieniają się przy zmarłym, a dostęp do krużganku dla zwiedzających jest w tym czasie ograniczony.
Czuwanie trwa zazwyczaj do dwóch dni – do terminu pogrzebu. Benedyktyni mają wyznaczone kwatery, niedaleko wejścia na cmentarz. Wszyscy, bez wyjątku, chowani tam są jednak od czasów II wojny światowej. Wcześniej panowały inne zasady.
Kości i tablice
Na cmentarzu stoi krzyż upamiętniający wszystkich braci, którzy w długiej, bo już blisko tysiącletniej historii klasztoru w nim żyli. Ich szczątki zostały znalezione głównie podczas prac archeologicznych, prowadzonych w latach 60. ubiegłego wieku, w większości w obrębie krużganku.
– Pamięć o tych, którzy byli tam niegdyś chowani, jest wciąż żywa. Wyrazem tego jest zwyczaj zapalania świec w Dzień Wszystkich Wiernych Zmarłych, które stawiane są zarówno na krużgankach, w miejscu dawnych pochówków, jak i przy tablicach pamiątkowych – podkreśla proboszcz.
– Podobnie jak w katedrach czy innych ważnych świątyniach, wybitne postacie historyczne są upamiętniane w sposób szczególny, na przykład poprzez kamienne tablice, aby pamięć o nich się nie zatarła – mówi.
Z księgi zmarłych: „Marianna, lat 28, katoliczka, powód śmierci: tyfus”
Moja babcia mówiła, że odpocznie „pod lipkami”. Gdy byłem dzieckiem, nie rozumiałem tego. Dopiero później, gdy nauczyłem się kilku gatunków drzew – w tym lipy – doszło do mnie, co chciała powiedzieć. Teraz faktycznie tam odpoczywa. Tak, jak i jej rodzice, mąż, część rodzeństwa, znajomi.
Cmentarz, który został urządzony oficjalnie w 1884 roku, nie jest duży. Składa się z około 600 grobów, w których zmieścić się może po pięć osób. Od niedawna w najnowszej części na południowym stoku wzgórza Winnica mieści się kolumbarium. Tam można złożyć urnę z prochami.
– Kwatery z widokiem – żartują mieszkańcy Tyńca.
Fakt, przy takiej pogodzie, jak dziś, widok na samo osiedle i dalej – na Tatry jest piękny.
Gdy pamięć ludzka zawodzi lub gaśnie, nazwiska na kamiennych tablicach się wycierają, co z nas i po nas zostaje? Archiwa. W tych parafialnych można odnaleźć spis zmarłych z okolic połowy XIX wieku.
Ojciec Stanisław wyciąga z szafy liber mortuorum z lat 1846-56. Są w niej karty zapisane drobnym, starannym pismem – podane jest m.in. imię i nazwisko zmarłego, jego wyznanie, wiek, płeć, powód śmierci.
W 1854 roku zanotowano 34 zgony, co jak zauważa o. Stanisław, jest liczbą porównywalną z obecnymi czasami. Jednak rok później statystyki znacząco się podnoszą. Liczba zmarłych wzrosła do 84.
Dalsze badanie księgi pozwoliło ustalić przyczynę tej sytuacji. W rubryce „powód śmierci" przy wpisach z 1855 roku wielokrotnie powtarzały się dwa słowa: „Tyfus” lub „Cholera”. Przypadkowo otworzyliśmy księgę dokładnie na zapisach dokumentujących czas jednaj z czterech epidemii tej choroby w XIX wieku.
I choć – być może – nie żyje już nikt, kto w jakikolwiek sposób pamiętałby 28-letnią Mariannę, którą w 1865 roku do grobu wpędził dur brzuszny, jej ślad na ziemi jest zapisany czarnym atramentem na grubym, nieco pożółkłym arkuszu papieru.