Święta Wojna czy święty spokój? [Komentarz]

Bandyci, dresy, kibole, szefowie narkotykowych gangów – to słowa i frazy kluczowe, które w okresie przedderbowym zalewają media. Potem jeszcze liczby, coś o morderstwach i pobiciach, koszty zabezpieczenia meczu i mamy komplet. Gdyby było mało, można dorzucić coś o antysemityzmie Wisły lub niechęci do czworonogów ze strony Cracovii.

Denerwuje cię, że zabezpieczenie najważniejszego meczu piłki nożnej w mieście kosztowało ok. 600-700 tysięcy złotych? Świetnie. A czyja to wina? Tych, co idą na mecz czy tych, którzy trzęsą portkami na dźwięk słowa "derby"?

Każdemu po kawałku

Słowo na „D”, którego nie można wymawiać ze względów bezpieczeństwa swojego, swojej rodziny i znajomych, to największe sportowe widowisko Krakowa. Tak - sportowe, więc tak - może cię nie obchodzić. Tak jak mnie nie fascynują powstające ścieżki rowerowe i nie przeliczam na nie każdej innej inwestycji. Ostatni raz stałam koło roweru pewnie gdzieś na alejach, a siedziałam na nim, gdy mój zdyszany tata biegł za mną, by powiedzieć, że nie potrzebuję już tych dodatkowych kółek po bokach. Nie skorzystam więc ze ścieżki nigdy, ale nie płaczę, że ktoś buduje je z moich podatków. Tak działa miasto – po trochu dla każdego.

Jeśli dobrze rozumiem, policjanci pracują na etatach i niezależnie od tego czy ochraniają bandę facetów i skromne grono pań przy Reymonta, czy siedzą w domu i przerzucają kanały, dostają mniej więcej podobne wypłaty. Oczywiście koszty oszacowano na podstawie pieniędzy, które trzeba było wydać na policjantów zamiejscowych, ich nocleg, parę obwarzanków i kawę. W sumie na meczu stawiło się więc 1500 funkcjonariuszy.

Tak, mniej więcej tylu ilu kibiców Cracovii. Byli potrzebni, bo przecież inaczej nadeszłaby "noc oczyszczenia" - miasto zmieniłoby się w imperium zła, królestwo narkotykowych wojen, stolicę morderstw. Nie bez powodu w dniu, gdy na stadion ruszają bandyci, każdy normalny krakowianin barykaduje drzwi, zamyka okiennice, wywiesza czosnek i święci osinowe kołki. Gwoli ścisłości, przy Reymonta było blisko 30 tysięcy ludzi. Gdyby każdy z nich faktycznie był bandytą, to nawet zapasy konserw, świeczek i wody, które gromadzilibyście miesiąc wcześniej, nie pomogłyby przetrwać.

Krakowski dżihad

Nie lekceważę problemu pseudoklubowych porachunków. Ani one pseudo, ani klubowe. Nie pamiętam, by związane z nimi akty przemocy trafiały na przypadkowych ludzi. Kto choć trochę orientuje się w temacie ten wie, że "ekipy od mocnych wrażeń" z obu stron Błoń świetnie się znają i naprawdę nie zawracają sobie głowy mną czy wami. Dla przeciętnego człowieka szalik oznacza jednak kilogram kokainy schowany gdzieś w jednym rękawie i maczetę w drugim. Na szczęście zima oszczędziła Kraków w tym roku, to i wiele szalików zostało w czeluściach szafy. Inaczej kto wie, jakby to się mogło skończyć…

Mieszkam na osiedlu podwyższonego ryzyka. Czasem wracam w południe, czasem w środku nocy - ludzie spacerują z psami, zdarza się, że i dziecko luzem puszczą. Patrole widuję sporadycznie, a jeśli już, to głównie zmotoryzowane. W tym nieszczęsnym dniu więcej tu było policjantów, niż szwędających się osób. Może dlatego, że wielu mieszka tu kibiców i 23 lutego woleli zająć się przemyślaną, choć nieco złośliwą oprawą meczu, niż przejmować się ogólnokrakowską psychozą.

Wiem, zaraz będziecie pomstować, że kiedyś było bezpieczniej, że kibice inni, a i mecze spokojniejsze. Nie wiem tylko, czy takie samo zdanie mają byli pracownicy konsulatu ZSRR, który kibice obu drużyn na początku lat 90. zdemolowali po derbach. Czy fan Białej Gwiazdy, który w '95 roku opuścił trybuny Pasów ubrany zaledwie w szalik, zgodziłby się z wami? Czy zrozumiałby was Ludwik Gintel, który gdzieś między 1916 a 1930 rokiem mianował to spotkanie Świętą Wojną? Pewnie nie, ale dziś najwięcej krzyczą ci, co ulice wokół obu stadionów kojarzą z permanentym korkiem, a wiedzę o stadionach czerpią z plaży w Gdynii.

Kiedyś te spotkania miały rumieńce. Dziś otacza je tylko blady strach. Nakręcajcie się dalej. Na szczęście podobno już po nich idą.