Tarnów ukwieci się na „zimną Zośkę”. Wcześniej się nie dało. Ale sadzonki już są
Pierwotnie rozpoczęcie dekorowanie miasta planowano roślinami jeszcze na koniec kwietnia. Tym bardziej, że aura zdawała się sprzyjać. Dni były słoneczne.
– Myśleliśmy, żeby zacząć jeszcze przed długim weekendem i zdążyć przed Świętem 3 maja. Żeby udekorować przynajmniej Pomnik Nieznanego Żołnierza przed uroczystościami. Wszystko pokrzyżowała nam pogoda. Są przymrozki, ziemia jest twarda, sadzonki by przemarzły – rozkłada ręce Marek Kaczanowski, dyrektor Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miasta.
Rządzą begonia i pelargonie
O upiększeniu miasta pomyślano zawczasu. Przygotowano pieniądze, poszukano dostawcy. Ten, wzorem poprzedniego roku, znalazł się w Łososinie Dolnej.
Tarnów musi oszczędzać, więc w tym roku przykręcił kasy na kwieciu. Skarbnik na ten cel wysupłał 76 tysięcy złotych.
To wystarczyło na opłacenie 30 tysięcy sadzonek różnego gatunku. O wyborze roślin decydowała nie tylko estetyka. Te, które zostaną posiane w Tarnowie mają być odporne na zmienne warunki atmosferyczne, nie być jakoś specjalnie uczulone na spaliny. Dobrze też byłoby, aby kwitły kilka razy w roku, by nie trzeba było wymieniać ich na nowe.
Nie było jakiś wewnętrznych konsultacji w tej kwestii w magistracie.
Krajobraz zdominują dwa gatunki kwiatów. Ponad połowę będą stanowiły begonie. Tu jest w czym wybierać, bo w mądrych atlasach czytamy, że jest jej ponad 1500 gatunków. Występuje w odmianach stale kwitnących czy zwisających. Wymagająca w pielęgnacji też specjalnie nie jest. Najładniej prezentują się te w odmianie Dragon bądź Illumination.
Sporo miejsca trzymane jest na pelargonie. To byliny lub półkrzewy. Takie same jak w Tarnowie można spotkać w Turcji czy Iraku. A nawet w Australii. Ponad sto gatunków rozkwita w Afryce Południowej. U nas zasadzonych zostanie trzy tysiące sztuk tego gatunku.
Dla wilca ziemniaczanego też jest miejsce
Zazielenienie Tarnowa może być także okazją do lekcji botaniki zarówno dla dziatwy szkolnej, jak i dla spacerowiczów. By urozmaicić krajobraz miejski, magistrat postanowił zapełnić skwery i gazony także innymi gatunkami kwiatów.
Nazwy roślin mogą niewiele mówić tym, którzy na co dzień nie interesują się specjalnie biologią.
O ile bowiem w miarę łatwo jest rozpoznać szałwię czy komarzycę, o tyle nieco wysiłku trzeba będzie poświęcić na wyłuskanie wzrokiem tropikalnego niecierpka wykorzystywanego w kosmetyce czy werbeny ogrodowej, która w domowych warunkach ma zbawienny wpływ na układ oddechowy.
Łatwiej powinno pójść z żurawką ze względu na jej intensywną purpurową barwę.
Gdzie szukać kocanka włochatego?
Od kilku lat wytypowane są miejsca, do których udaje się ekipa ogrodników z sadzonkami. To najczęściej odwiedzane miejsca tak przez Tarnowian, jak i przyjezdnych.
Na mapie widzimy dwa reprezentacyjne parki w mieście. Mowa o Parku Sanguszków na Gumniskach i Parku Strzeleckim przy ul. Piłsudskiego.
Spacerujący ulicą Lwowską w kierunku Krakowskiej miną ukwiecone skwery przy Placu Ofiar Stalinizmu, a dalej – idąc ul. Wałową, przejdą obok rabatek przy pomniku generała Józefa Bema i kilka donic na deptaku.
Patrzącym na magistrat od strony ul. Piłsudskiego widoki umilą kwiaty rozsiane przy skwerze ojca Kokocińskiego a jadący ul. Mickiewicza w kierunku Starodąbrowskiej zobaczą najpierw rabatkę przy przejściu podziemnym nieopodal Akademii Tarnowskiej, a następnie przystrojone rondo Hetmana Jana Tarnowskiego.
Kwiecia nie zabraknie także na innych tarnowskich skrzyżowaniach. Stojących w korkach uspokoi zieleń posiana w donicach przy ul. Słonecznej i Starodąbrowskiej obok Cmentarza Żydowskiego, u zbiegu ulic Lwowskiej ze Starodąbrowską czy na jednym z najbardziej newralgicznych rozjazdów w mieście – od ulicy Krakowskiej w kierunku Narutowicza. Pobliski plac ks. J. Popiełuszki, z wiecznie zepsutą fontanną imitującą kosmos, także zostanie obsiany.
To nie są dobre kwiaty na oświadczyny
Jak słyszymy w urzędzie, w ostatnich latach nie notuje się jakiś większych ekscesów związanych z niszczeniem dekoracji kwiatowych w mieście. Wcześniej było z tym różnie.
– Nie ma jakiegoś specjalnego wandalizmu. Może ludzie się ucywilizowali, może monitoring lepiej działa. Kiedyś to rzeczywiście była plaga. W jedną noc potrafiono ogołocić z kwiecia całe kwartały miasta – twierdzi Marek Kaczanowski.
Zdarzało się też, że rośliny, które jeszcze wieczorem spokojnie rosły na klombie, można było nazajutrz kupić na Burku. Nagabywani przez straż miejską sprzedawcy rumienili się pytani o pochodzenie kwiatów. Jak wspomniana wcześniej żurawka.