Telewizja w teatrze, czyli show Krzysztofa Materny. O najnowszej premierze Teatru Bagatela
Krzysztof Materna — człowiek, który z satyry zbudował niejedno imperium śmiechu — postanowił tym razem wystawić lustro nie widzom, nie politykom, nawet nie celebrytom, lecz samej idei talentu. A raczej — tego, co z talentu zostało po latach telewizyjnych castingu, smsowych głosowań i jurorów, którzy bardziej grają siebie niż kogokolwiek na scenie.
Reżyser a także autor scenariusza - Krzysztof Materna - mówi: „ Po sukcesie świetnie przyjętego przez publiczność i krytykę spektaklu „Bagatela śpiewa” postanowiłem skompletować dorobek krakowskich kompozytorów. Postanowiłem również uzupełnić formułę muzyczną tekstami mojego autorstwa, które w konwencji przedstawienia są satyryczną próbą ustosunkowania się do działalności mediów w zakresie rozrywki oraz wszechobecnego wrażenia, że tylko co jest telewizyjne jest wartościowe, a tak zwana „oglądalność” kreuje przypadkowe osoby na wielkie gwiazdy.
Spektakl, odbywa się w konwencji programu telewizyjnego „talent show” ocenianego przez jury. „W moim spojrzeniu jurorzy nie oceniają piosenek i wykonawców, tylko zajmują się sobą, swoimi konfliktami, swoim wizerunkiem, tak by jak najlepiej wypaść w telewizji.” – dodaje reżyser.
Krzysztof Materna nie byłby sobą, gdyby nie zbudował całego widowiska z ironią, wdziękiem i tą charakterystyczną nutą nonszalancji człowieka, który wie, że świat zwariował, ale postanowił się jeszcze z tego pośmiać, zanim wyłączą światło. Widzowie zatem dostają pełne spektrum muzycznej formy: od solówek”, po płynne medleje — te cudowne muzyczne kolaże, w których aktorzy przeskakują z jednego nastroju w drugi, jakby klikali pilotem po kanałach telewizyjnych.
Utwory, na których bazuje przedstawienie wyszły spod piór jakże krakowskich autorów. Raz brzmi Turnau, potem Sikorowski, zaraz Pawluśkiewicz, by w końcu wjechał Zieliński z rytmem Skaldów. Doskonale znane wszystkim piosenki pierwotnie stworzyli mistrzowie melodii, melancholii i dowcipu. A Krzysztof Materna w roli Dyrektora, i złotousty konferansjer Marcopolo (Marcel Wiercichowski), przy wtórze przebojowych utworów, prowadzą publiczność przez konkurs, jego kulisy i gabinetowe rozmowy.
W spektaklu nie brakuje autoironii, której przygląda się - zaczepiana przez prowadzącego „Talent Show” – widownia, siedząca od lat przed telewizorem i decydująca, czy ktoś ma „to coś”. I może dlatego największym żartem wieczoru jest fakt, że w teatrze — inaczej niż w telewizji — nikt nie może wysłać SMS-a, żeby kogoś wyrzucić ze sceny.
„Kochajmy skowronki talent show” to nie tylko kpina z telewizyjnych formatów. To ironiczny i karykaturalny obraz współczesności, której sformatowaniu bezwiednie ulegamy. Przerysowane sytuacje, w których kolorowe jury wyłącznie oddaje się samokreacji i autopromocji są fleszami dzisiejszych napompowanych sztucznością czasów. Stąd spektakl Krzysztofa Materny przypomina, że teatr może jeszcze śmiać się z rzeczywistości, nie będąc przy tym jej kopią. Zatem Ekipa Bagateli robi dokładnie to, co skowronki w tytule: śpiewa, bo chce, nie dlatego, że ktoś im za to da punkty. Robi to z wdziękiem, humorem i muzyką. Kraków znowu ma swój głos.
Autor: Magdalena Musialik