"To najdłuższy wieczór w roku. Po barszczu wracamy na ławkę"

W najbliższą niedzielę na Rynku Głównym odbędzie się po raz 29. Wigilia dla Samotnych i Potrzebujących. Dla wielu osób w kryzysie bezdomności będzie to jedyny ciepły moment świąt, po którym wrócą na „swoją” ławkę.

Kraków w grudniu pachnie grzanym winem i choinką. Na Rynku Głównym migoczą światła, turyści robią ostatnie zdjęcia, a mieszkańcy śpieszą się do domów. Dla większości Wigilia to ciepło, stół i bliscy. Dla bezdomnych – najdłuższy wieczór w roku. Miasto nagle cichnie, zamykają się sklepy, przestają kursować autobusy. Zostaje zimno, ławka i myśl, że nie ma dokąd pójść.

– W święta najbardziej boli cisza – mówi Marek, którego spotykam pod arkadami Sukiennic. – W zwykły dzień zawsze ktoś przejdzie, rzuci słowo. W Wigilię wszyscy znikają – zaznacza. I dodaje, że wtedy też trudniej jest prosić o pomoc, bo zwyczajnie nie ma kogo. 

Największy stół w Polsce

Dla wielu jedynym jasnym punktem tego dnia jest Wigilia dla potrzebujących. W niedzielę, 21 grudnia, z inicjatywy Jana Kościuszki po raz 29. na krakowskim Rynku Głównym zostanie zorganizowana wigilia dla potrzebujących. To największy w Polsce wigilijny stół. Wydanych zostanie około 20–25 tysięcy potraw: barszcz, pierogi, bigos, karp.

Łącznie z pierogami będą trzy potrawy główne i w sumie dwadzieścia pięć, może trzydzieści tysięcy porcji i to powinno wystarczyć. Nigdy dla nikogo nie zabrakło. Ewentualnie jak coś zostaje, choć prawie nigdy nie zostało nic, to potem przewożone jest to do kuchni Świętego Alberta – podkreśla Jan Kościuszko.

Organizator mówi wprost o rosnącej liczbie potrzebujących i apeluje o wsparcie. – Jak zobaczycie twarze ludzi, którzy do nas przychodzą, to zrozumiecie, że tego nie da się przestać robić – dodaje.

Jan Kościuszko pierwszy z lewej
Jan Kościuszko pierwszy z lewej
LoveKraków.pl

Samotni w Wigilię

Przemierzamy krakowskie Planty, by porozmawiać z osobami, które będą mogły skorzystać z niedzielnej propozycji. 

54-letni Marek był kierowcą. Stracił pracę, potem mieszkanie. – Wigilia? Zjem barszcz na Rynku, a potem wracam na ławkę. Nie ma co się oszukiwać – mówi spokojnie. – Najgorzej jest po dziewiątej. Wtedy nawet gołębie jakby śpią. Człowiek siedzi i liczy godziny do rana.

Pani Grażyna ma 67 lat i na sobie kilka warstw ubrań i starannie uczesaną siwą grzywkę. – Ja zawsze lubiłam święta. Teraz? – zawiesza głos. – Teraz modlę się, żeby nie padał śnieg. Śpię na ławce. Sama. Rodziny nie mam. Wigilia to tylko data w kalendarzu.

39-letniego Pawła spotykamy na ławce w okolicach Teatru Słowackiego. Mówi szybko, nerwowo. – Człowiek w Wigilię czuje się jak intruz. Wszędzie „wesołych świąt”, a ty nie masz nawet kubka herbaty. Pójdę na Rynek, bo tam przynajmniej nikt nie pyta, czemu jestem sam.

Pan Stanisław, 72 lata, dzisiejszy poranek spędził w kolejce po herbatę przy Dziele o. Pio. – Ja już się przyzwyczaiłem – mówi cicho. – Najpierw zupa, a potem powrót do swojej dziupli - opuszczonego garażu. Tylko że w Wigilię człowiek bardziej pamięta. O tym, co było. O tym, że kiedyś też zapalałem świeczkę.

Kościół i nowe otwarcie?

Niedzielnemu wydarzeniu patronuje prezydent Krakowa Aleksander Miszalski. Zaproszenie wysłano także do nowego metropolity krakowskiego, kardynała Grzegorza Rysia. Jak podkreślają pomysłodawcy wigilii dla samotnych i potrzebujących, to symboliczny moment. 

Kościół pod dowództwem księdza arcybiskupa Jędraszewskiego źle nas traktował. To było nieprzyjemne – mówi bez ogródek Jan Kościuszko. – Z otwartym sercem witamy nowego biskupa. To będzie nowe otwarcie.

Dodaje też: – Chcemy wiedzieć, że Kościół jest po naszej stronie, że jest po stronie tych dobrych. I że nie będzie piętnował ludzi potrzebujących tylko dlatego, że żebrzą.

Ks. Dariusz Raś podkreśla ciągłość działań pomocowych. – Moja obecność jest symbolem jedności Krakowa z pomysłem pana Jana Kościuszki i otwarcia na takie inicjatywy. Najwięcej wysiłku zawsze wkłada Jan. My pomagamy logistycznie i materialnie – zaznacza. 

Były i są różne formy pomocy: albertyni, kuchnie sąsiedzkie, choćby ta na ul. Pijarskiej.
Ks. Dariusz Raś

Gdy wigilia na Rynku dobiegnie końca, stoły zostaną sprzątnięte, a resztki trafią  do kuchni Świętego Alberta. Miasto znów pustoszeje. Bezdomni rozchodzą się w swoje miejsca: pod most, na Planty, na ławkę, czy będą wciąż szukać innych miejsc schronienia. – Najgorszy moment to ten, kiedy gasną światła – mówi Marek. – Wtedy wiesz, że święta się skończyły. A ty nadal jesteś tu, gdzie byłeś.