Trenować, walczyć i żyć wedle wartości [Rozmowa]
Mistrz świata WMC, zwycięzca licznych turniejów i gal, trener reprezentacji Polski, krakowianin, który jako jedyny Polak walczył dla króla Tajlandii. O boksie tajskim rozmawiamy z Rafałem Simonidesem.
Aleksander Sarota, LoveKraków.pl: Kiedy w pana życiu pojawiło się postanowienie, że będzie trenował właśnie tę dyscyplinę?
Rafał Simonides: Życie z muay thai związałem na dobre wyjeżdżając do Tajlandii, ponieważ to był główny i wówczas jedyny cel mojej podróży. Wcześniej miałem już sukcesy jako zawodnik boksu tajskiego, np. Puchar Europy, ale wydaje mi się, że dopiero w ojczyźnie muay thai odnalazłem jej sens i wartości. W latach 90. popularne były w Polsce inne sporty jak karate czy kung fu – zresztą sam zaczynałem właśnie od chińskiej sztuki walki. Potrzeba było dekady, by muay thai stało się bardziej popularne i u nas ćwicząc właśnie ten styl poczułem, że to jest to, czego nie zamienię na nic innego.
Wywalczył pan wiele tytułów. Z którego pan jest najbardziej dumny?
Każdy ma dla mnie duże znaczenie, ponieważ dawałem z siebie wszystko, by go zdobyć. Może pod względem symbolicznym to medal z gali urodzin króla Tajlandii, ponieważ w tamtych czasach (2006 rok), gdy władca cieszył się dobrym zdrowiem, do tych obchodów podchodzono z wielkim zaangażowaniem. Było to trzydniowe święto narodowe, a galę transmitowano w tajskiej telewizji. Można było zobaczyć świetnych zawodników, jak choćby Buakaw Banchamek czy Yodsanklai Fairtex. Fakt powołania mnie na tę galę w czasach jej świetności był dla mnie ważny. Dostawałem później propozycje walk na całym świecie, a w Tajlandii traktowano mnie jak swojego zawodnika. Ostatnio ze względu na wiek i stan zdrowia obchody urodzin króla mają dużo skromniejszy charakter.
Która walka była dla pana najtrudniejsza w karierze?
W zasadzie jest wiele trudnych walk, po których długo dochodziłem do siebie. Wiesz, stajesz naprzeciwko Taja, który ma ponad 200 walk za sobą i wówczas w zasadzie jedyną twoją bronią może być wola walki. W pamięci utkwił mi szczególnie pojedynek z mistrzem stadionu Raczadamnern Whet „Ring masterem”, ponieważ po nim przez tydzień z trudem chodziłem, każdy jego cios był perfekcyjnie trafiony i kąśliwy. Po pięciu rundach jednak to ja miałem ręce w górze, ciesząc się ze zwycięstwa, ale doszło do niego chyba tylko dzięki temu, że ćwiczyłem jak szalony i wiedziałem, że to będzie mój dzień.
Czy w pana karierze pojawiły się momenty zwątpienia? A może były takie chwile, że myślał pan o robieniu czegoś innego?
Oczywiście są wspaniałe chwile, ale w tym sporcie nie brakuje ciężkich momentów, gdy zmagasz się z bólem i zmęczeniem swoimi słabościami, ale jeśli wytrwasz, to właśnie one wzmacniają cię jako fightera i również jako człowieka. Cóż, u mnie marzenie o zostaniu mistrzem było tak wielkie, że w zasadzie te przeciwności nie miały większego wpływu. Kiedyś w moim życiu pojawiła się tragiczna sytuacja, czyli poważna kontuzja. Podczas walki wypadł mi bark ze stawu, pod wpływem adrenaliny udało się wstawić go z powrotem i dokończyć pojedynek, a nawet go wygrać. Jednakże operacja, którą musiałem zrobić po walce, zastopowała mnie na dwa lata. Wtedy po raz pierwszy pojawiło się zwątpienie i bezradność. Oczywiście NFZ takie operacje robi, tyle że byłem w kolejce bodajże osiem lat. Zawalczyłem jeszcze trzy walki z tą kontuzją. Pomógł mi wówczas mój trener, udało się zoperować rękę, w końcu również trafiłem na bardzo dobrego lekarza i porządnego człowieka. Jednak wypadłem z gry, a rehabilitacja to koszty praktycznie takie same jak operacja, więc znowu mnie to zastopowało. W końcu po prostu zacząłem ćwiczyć jak dawniej, nie używając chorej ręki. Niestety całkowicie nie odzyskałem jej sprawności, ale wróciłem na swój szczyt i zdobyłem cele, które sobie wymierzyłem.
Jacy obecnie są najlepsi zawodnicy w światowym muay thai?
Wizytówką boksu tajskiego jest oczywiście Taj. W pełni zasłużenie jest to Buakaw Banchamek, dawniej nazywany Pouramuk. To sport na tyle popularny i globalny, że w każdym kraju jest już nawet po kilku zawodników, którzy osiągnęli bardzo wysoki poziom.
Czy walki tej dyscypliny sportowej są transmitowane w Polsce?
Nie za często, a szkoda. Gale, na których walczyłem, były transmitowane w 2004 roku przez Polsat, w 2005 przez TVN Turbo, a w ostatnim roku Polsat transmitował finały mistrzostw Europy muay thai w Krakowie, gdzie wspaniale zaprezentowała się kadra Polski (m.in. Mateusz Kopiec i Marcin Łepkowski – ich walki były na gali finałowej). Sam również stoczyłem tam ciekawy, bo pierwszy w Polsce pojedynek muay boran, a więc walkę z linami na rękach zamiast rękawic. Myślę, że gdyby udało się cyklicznie wprowadzić gale muay thai do telewizji, to byłby bardzo dobry ruch dla obu stron i przede wszystkim dla widzów.
Dlaczego warto trenować ten sport? Jak osiągnąć sukces w tej dyscyplinie?
Muay thai jest dla każdego. Oczywiście teraz ktoś pomyśli: czy on zwariował? Tak myślą ludzie, którzy patrzą przez stereotyp, a nie mieli styczności z dyscypliną. W Tajlandii ćwiczą od małego dzieciaka, często ojciec z synem. W ostatnich latach widać też rodziny zachodniej cywilizacji, które trenują co prawda amatorsko, ale odnajdują w tym sporcie rozwój psychofizyczny, sportowy styl życia, bo właśnie o to chodzi. Muay thai to również pasja do ruchu i budowanie siebie samego poprzez nabywanie umiejętności. Oczywiście docelowy punkt, a więc walka, może wydawać się ostry, ale nie każdy musi stanąć na ringu, nie każdy tego potrzebuje, aby poprzez trening wzmocnić ciało i ducha. Sport muay thai jest wyjątkowy poprzez wartości takie jak przyjaźń, honor, tradycja, szacunek i stosowanie zasad fair play. Społeczność zaangażowana jest również w społeczne kampanie, jak np. „muay thai przeciw narkotykom” czy „sport is your gang”. Jak osiągnąć sukces w tej dyscyplinie? Trenować, walczyć i żyć wedle tych wartości.
Jest pan trenerem naszej kadry narodowej. Czy wśród pana podopiecznych są zawodnicy osiągający międzynarodowe sukcesy?
Tak, oczywiście możemy być dumni z naszej reprezentacji, choć potęgami w tym sporcie są Tajlandia, Rosja, Białoruś i Holandia. Jednak jak pokazaliśmy na ostatnich dwóch zawodach, możemy z nimi wygrywać, mamy kilku seniorów na światowym poziomie oraz dwóch bardzo obiecujących juniorów. Już z dorobkiem medalowym z mistrzostw świata i Europy są Mateusz Kopiec, Marcin Łepkowski, Oskar Staszczak, a bardzo obiecująco kształtują się Patryk Borowski – Beszta (tegoroczny uniwersytecki wicemistrz świata) oraz Łukasz Radosz. Juniorzy, którzy dobrze rokują, to Dawid Mirkowski oraz Kamil Piątkiewicz. Ciągle oczywiście kadra się zmienia i jest paru zawodników, których nie wymieniłem, a z którymi również wiążę nadzieję.
Urodził się pan w Krakowie. Czy czuje się pan związany z tym miastem? Jakie jest pana ulubione miejsce?
Czuję się związany z Polską. Urodziłem się w Krakowie i niewątpliwie mam sentyment do tego miejsca, choć otworzyłem swoją Akademię Muaythai Kingdom w Warszawie. Jeśli chodzi zaś o Kraków, to najważniejszym dla mnie miejscem są Błonia i kopiec Kościuszki – nawet nie wiecie, ile kilometrów tam wybiegałem.
Jakie są najlepsze lokalne kluby, gdzie można trenować muay thai?
Kraków to duże miasto i jest kilka dobrych klubów, ale na pierwszym miejscu dla mnie jest mój macierzysty Raczadam, którego byłem pierwszym zawodnikiem. Trzeba również powiedzieć, że wychował on kolejne pokolenie bardzo dobrych fighterów, którzy zaistnieli na arenie międzynarodowej. Drugim krakowskim klubem jest Amnat, którego trener również wywodzi się z Raczadamu, a był moim kolegą z treningów. To były piękne czasy, mogę śmiało polecić te dwa kluby.