W Krakowie pożegnaj się z nadzieją

Nie ma papieża, aury wielkości, bezcennych zabytków i dumy miasta królewskiego. Kraków w debiutanckiej powieści Marcina Świetlickiego „Dwanaście” to kolaż siedmiu grzechów głównych, a rozgrzeszenie nie tyle nie przychodzi, co nikt na nie nawet nie czeka.

Wydana w kwietniu 2006 roku powieść była reklamowana jako kryminał, jednak samej aury zbrodni oraz kary jest w niej zaskakująco mało. Zarysowany wątek zemsty stanowi co prawda wielki finał książki, ale jej osią jest Mistrz. Główny bohater jest mężczyzną, który większą część swojego życia spędza na odcinaniu kuponów ze sławy zdobytej w dzieciństwie w bardzo popularnej produkcji telewizyjnej. Od czasu swoich triumfów jednak utył, spuchł, posiwiał i zamienił się w cynicznego alkoholika. Każdego wieczoru przeżywa swoistą drogę krzyżową przez ulubione krakowskie bary, w których spotyka starych znajomych, rozczarowanych fanów, samoczynnie napełniające się szklanki i własne upiory. Porzucony przez sukę, a dokładnie dwie suki, stacza się na dno z prędkością stałą, ku zdziwieniu znajomych nadal pozostając na powierzchni. W jego destrukcyjny tryb życia wkracza jednak zagadka tajemniczej śmierci członków zaprzyjaźnionego zespołu „Biały Kieł”. Niezidentyfikowany morderca eliminuje kolejno muzyków, a motywy zbrodni należą do tych, które słusznie określamy jako „mrożące krew w żyłach”.

My – pijani, oni – sprzedani

Mimo że akcja „Dwanaście” toczy się głównie w świecie widzianym zapijaczonymi oczami Mistrza, to jej ramy czasowe się wyraźnie zarysowane. W momencie, gdy główny bohater wychodzi po raz tysięczny w swoim życiu na pokutniczy slalom po pijalniach, Kraków opłakuje śmierć Jana Pawła II. Chwile zbiorowej żałoby są kolejnym elementem polskiej rzeczywistości, którymi – sam godny pożałowania – Mistrz bez skrupułów pogardza. Równie dużą irytację wzbudzają w nim wybory prezydenckie, pracownicy korporacji, pracownicy TVN oraz Tygodnika Powszechnego. Wszyscy oni czasami wchodzą w orbitę Mistrza siedzącego najczęściej samotnie przy kolejnym głębszym, zazwyczaj jednak darzeni są pogardą na odległość.

Kręgi piekielne Krakowa

Obok tych, którzy mu źle życzą, negatywny wpływ na głównego bohatera mają dwie rzeczy: alkohol i Kraków. Ten pierwszy – w zależności od natężenia spożycia, ten drugi – otacza Mistrza i „wciąga” go w swoje najmroczniejsze zakamarki. A jest ich naprawdę wiele. Mały Rynek, na którym mieszka Mistrz (jak i sam Świetlicki swego czasu) bardziej przypomina mroczne placyki Kazimierza we wczesnych latach 90. Bez większych problemów kręcą się tam różni podejrzani osobnicy, a mieszkanie tam jest równoznaczne z częstymi włamaniami. Nie wiele lepiej wygląda alkoholowa mapa miasta zarysowana przez Mistrza. Zarówno w „Dymie”, jak i w „Pięknym Psie” bezustannie przesiadują te same twarze, a w tajemniczym „Barze”, w którym Mistrz ma własny stolik, można również stracić życie.

Utożsamiane z barami, gdzie można dobrze spędzić wieczór, w książce Świetlickiego te wszystkie miejsca przypominają pułapki, w których czas się zatrzymał, a upływające minuty są więcej niż względne. Tak naprawdę pod koniec wieczoru nie jest ważne z kim pijesz i co, tylko samoświadomość zapętlenia własnego, przegranego życia. Gdy Mistrzowi udaje się już wyrwać z kolejnego baru, wybiera się chwiejnym krokiem na kolejny spacer po Plantach, licząc na odnalezienie suki, która go opuściła, bo „suki takie są”. Zielone tereny dookoła Starego Miasta są równie mroczne i nasycone niebezpieczeństwami jak podrzędne bary, w których swoje noce kończy Mistrz. Niebezpieczeństwo czeka więc w Krakowie na każdym kroku.

Zbawienie nie nadejdzie

Reklamowana jako powieść kryminalna, „Dwanaście” ma więcej z thrillera psychologicznego. Jakiekolwiek jednak wnioski na temat psychiki bohaterów z niej wyciągniemy, to nie rozjaśnimy w żaden sposób oblicza Krakowa, który widzi Świetlicki. Tynk odpryskuje z kolejnych smutnych kamienic, alkohol drożeje, wszystko dookoła jest jedną wielką hucpą, a rozwiązanie tajemniczej zagadki nie jest wielkim katharsis.

Gdy emocje opadną, a poczucie zagrożenia zmaleje, nikt nie zastanowi się dłużej niż trzydzieści sekund nad swoim stylem życia. Bez czytania kolejnych części trylogii Świetlickiego możemy założyć, że długa droga w dół, którą podąża Mistrz, nie ulegnie ani wyprostowaniu, ani skróceniu. Zło czai się na uliczkach Starego Miasta, na św. Jana przeżyjemy kolejny upadek, ktoś nad podniesie na nieznaczących parę chwil, a Mistrz nadal będzie siedział przy swoim stoliku z prawie pustą szklanką.