„W Warszawie szukałam Krakowa” – rozmowa z Haliną Mlynkową
W Krakowie spędziła osiem lat i przyznaje, że za nim tęskni. Ze śmiechem wspomina mieszkanie nad głośnym klubem w Żaczku. Zaangażowała się w krakowską Szlachetną Paczkę, a w czwartek wystąpiła w Hali Wisły z repertuarem z nowej płyty „Po drugiej stronie lustra”. Tylko u nas rozmowa z Haliną Mlynkową.
Joanna Jaremus: Wielu artystów mawia, że woli grać dla tłumu, bo tłum nie słucha. W Panią wszyscy byli dziś wsłuchani. Jak się śpiewało?
Halina Mlynkova: Długo walczyłam o tego „słuchającego” widza, bo za czasów Brathanków tego nie miałam. Po koncertach ludzie mówili: „ładnie pani tańczy”. Zawsze marzyłam o tym, żeby w mojej solowej karierze ludzie zaczęli słuchać tego, co śpiewam.
Co to jest „druga strona lustra”?
To miejsce, gdzie można sobie pozwolić na więcej. To świat baśni i wyobraźni, ale jest tu też mrocznie: są demony, wampiry, a nawet śmierć. Zderzenie rzeczywistości z inną krainą. Świat, w którym można zastanowić się nad wieloma sprawami i spojrzeć na nie inaczej.
Jest Pani współautorką tekstów do nowej płyty. Trzeba było do nich dojrzeć czy coś szczególnego przeżyć?
To są moje przeżycia i emocje, ale też spostrzeżenia innych. W tekstach pojawiają się bajkowość i świat celtycki – w końcu mogłam sobie pozwolić na to, żeby je wymyślić i otworzyć się na takie pisanie, na większą lekkość. Mam teraz taki czas w życiu, że chcę z niego korzystać, jak w utworze „Aż do dna”. Na pewno trzeba coś przeżyć, żeby dojrzeć. „Aniele mój” to bardzo osobista historia kobiet, które były zmuszone oddać swoje dzieci. To dzieje się na co dzień, chociażby w Afryce, gdzie matki niemalże wciskają swoje dzieci w ręce turystów, żeby zabrali je do lepszego świata. Z drugiej strony jest historia, którą słyszymy w „Karczmie Upiorów” – dwutysiącletnia wampirzyca spotyka głupiego turystę, który nie ma pojęcia kim ona jest. Chce zrobić z niego upiora i odejść, bo dość się nażyła. To jest zupełnie zmyślona historia, ale – jak się okazało podczas pisania tekstów – nierzeczywistość przeplata się z życiem. Mam wielką nadzieję, że niedługo powstanie teledysk do tego utworu.
Zagra Pani wampirzycę?
Oczywiście!
Folk irlandzki, ludowe brzmienia – tego jest mało na polskim rynku muzycznym. Jak się Pani w nim odnajduje?
Ja jestem absolutnie folkową dziewczyną! Uważam to za swoją zaletę, bo jestem w męskim gronie. Podobną muzykę grają chłopaki w zespołach. Cieszy mnie to, bo ja z folku nigdy nie odejdę. Nie wyobrażam sobie, żeby w moich piosenkach nie było skrzypiec i fletu, a muzyka nie miałaby smaku i zapachu. Przy dzisiejszej globalizacji kultura narodowa to jedyne, co nam pozostało i zamierzam z tego czerpać.
Gratulujemy nominacji do nagrody Artystki Roku Opola. Taki był plan na solową karierę?
Jestem dopiero na początku tego planu. Zaczęłam od nowa. Mam duże plany – chcę znowu odczuć to, co przeżywałam kiedyś na koncertach. Halina z Brathanków jest już wspomnieniem, jestem kimś innym, nawet jeśli wszyscy pamiętają i kochają „Czerwone korale”. Teraz mam wspaniały czas, kiedy nie muszę się dopasowywać ani udawać kogoś, kimś nie jestem.
Kraków był ośmioletnim przystankiem w Pani życiu. Jak się tu wraca?
Mam ogromny sentyment do Krakowa. Zawsze, kiedy przyjeżdżam tu w odwiedziny, pokazuję znajomym wszystkie akademiki i mieszkania, które wynajmowałam.
Które to były?
Żaczek, potem Piast. Żaczek niestety nowy. Nabrałam się myśląc, że to ten odremontowany! W dodatku miałam pokój na pierwszym piętrze, tuż nad klubem… Ale wytrzymałam cały rok! Potem mieszkałam wyżej, a w końcu nad Rotundą, gdzie były schodki na dach i można tam było palić papierosy… To były jeszcze czasy otwartych akademików. W Żaczku mieszkali wtedy Rumuni, którzy w wielkich kotłach gotowali gołębie…. Do dziś pamiętam ten zapach! [wybuch śmiechu].
Lepiej było w Krakowie, gdzie mogła Pani jeszcze spokojnie przejść ulicą, czy teraz w Warszawie pełnej paparazzich?
Nie jest tak źle. Polacy są dyskretni, a rodzime sławy to nie Rihanna i Beyoncé. W Warszawie szukałam Krakowa, więc zamieszkałam w starej dzielnicy na Mokotowie, pełnej pięknych, starych kamienic. Wzajemnie szanujemy się z sąsiadami i mogę spokojnie wyjść do sklepu.
Zaangażowała się Pani w krakowski projekt Szlachetna Paczka. Czemu akurat ta akcja?
Dostaję dziennie dziesiątki maili z prośbą o pomoc. Nie jestem w stanie ocenić, którzy ludzie faktycznie jej potrzebują ani którym mogę faktycznie pomóc. Szlachetna Paczka to mądra pomoc. Wolontariusze sami docierają do ludzi, którzy wstydzą się prosić. Mnie przekonało to, że akcja wspiera nie tylko ludzi biednych finansowo, ale i społecznie. Oni przychodzą do urzędu, żeby coś załatwić i są traktowani z góry, bo mają gorsze ubrania, nie są pewni siebie.
Jest Pani bardzo zapracowana. Od dwóch lat gra Pani w teatrze Marlenę Dietrich, a ostatnio napisała Pani kilka bajek dla dzieci. Skąd takie pomysły?
Uwielbiam pisać, czasem nie mogę przestać i wydawcy ucinają moje historie, bo są za długie. Ostatnio znalazłam recenzję swojej bajki! Nie mogłam uwierzyć! Roli Marleny nie mogłam odmówić, chociaż wcześniej odrzucałam wszystkie propozycje występów. Ale kiedy odzywa się do ciebie ktoś taki jak Márta Mészáros, nie odmawiasz.
Miała Pani tremę w teatrze?
Taką, że było mi niedobrze! Podobną miałam tylko przy zdawaniu prawa jazdy! Ale potem był ten moment, który uwielbiam – rozchyla się kurtyna. To jest taki dźwięk… Cudowny. A potem, póki jest jeszcze ciemno, widzę publiczność, która nie widzi mnie. I trema przechodzi.
Jak aktualnie układają się Pani kontakty z Brathankami?
Nie ma ich wcale. Panowie mają jakiś problem ze mną. Jestem tym zdziwiona, zwłaszcza po tym, jak chcieli, żebym wróciła. Mnie nie zależy na kłótniach. W zespole wiele się nauczyłam, przeżyłam cudowne chwile. Później był zły czas między nami, ale teraz wszystkie rany się zagoiły, plastry dawno odpadły, a ja chcę się skupić na przyszłości. Chłopakom życzę kolejnych hitów, już beze mnie.
Na koniec – kiedy możemy się Pani znów spodziewać w Krakowie?
Mam nadzieję, że niedługo i że będę przyjeżdżać częściej, bo kocham to miasto. Czuję się tu jak w domu i tęsknię za Krakowem.
W takim razie zapraszamy jak najczęściej! Dziękuję za rozmowę!