Wandale okradają każdego z nas
Zniszczone elementy placów zabaw, połamane ławki, wybite szyby na przystankach. Praktycznie nie ma dnia, żeby służby miejskie nie musiały naprawiać szkód wyrządzonych przez wandali. Choć dużą część z napraw udaje się pokryć z ubezpieczenia, straty dla miasta są bardzo duże.
Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu nie ma wydzielonego funduszu na naprawę tego rodzaju szkód, są one finansowane ze środków przeznaczonych na tzw. bieżące utrzymanie. Jak informuje Michał Pyclik, rzecznik ZIKiT, łączna kwota wydawana rocznie przez tę miejską jednostkę na naprawy zbliża się do miliona złotych.
Kradną znaki, które im nie pasują
Zdecydowanie najczęściej niszczonym i kradzionym elementem infrastruktury miejskiej są znaki drogowe. Zdarza się to praktycznie codziennie. – Znaki giną najczęściej, przy czym im dalej od centrum tym częściej – mówi Pyclik. Najbardziej narażone są te, które informują o nieakceptowanym przez kierowców zakazie, np. zabraniającym parkowania. Koszt odtworzenia znaku ze słupkiem to każdorazowo 250-350 złotych.
Więcej, bo nawet do tysiąca złotych, kosztuje postawienie nowej ławki w miejsce tej zniszczonej przez wandali. Z wydatkami wiąże się też usuwanie wulgarnych napisów z miejskich budynków. Tym zajmują się podwykonawcy zatrudniani przez Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania. Piotr Odorczuk, rzecznik MPO, podaje, że w 2014 roku na usuwanie bazgrołów wydano 124 tysiące złotych. Pracownicy musieli wyczyścić ściany o łącznej powierzchni 10 360 m2 – dla porównania boisko piłkarskie zajmuje nieco ponad 7 000 m2.
Na bezmyślności wandali traci też Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne. Ta spółka również wydaje rocznie na usuwanie efektów ich działalności około miliona złotych. Giną rozkłady jazdy i tabliczki z numerami linii, rozbijane są gabloty, z dużymi kosztami wiążą się wszystkie uszkodzenia automatów biletowych. W pojazdach najbardziej narażone są siedzenia i szyby – niedawno zdarzyło się np., że ktoś strzelił do miejskiego autobusu i uszkodził szybę. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Część uda się odzyskać
Jednostki odpowiedzialne za stan infrastruktury w mieście na bieżąco zgłaszają przypadki dewastacji do Straży Miejskiej. – Ostatnio straż złapała kogoś, kto sprejem wyznawał miłość na kładce Bernatka – mówi Michał Pyclik. Dodaje przy tym, że w tych przypadkach, gdy ktoś uszkodzi jakiś element samochodem, po czym jedzie dalej, pomocne są nagrania z monitoringu miejskiego.
Sporą część wydanych na naprawę kwot udaje się odzyskać dzięki ubezpieczeniu. – Nie można jednak stwierdzić, że te koszty ponosi ubezpieczyciel, bo my z kolei ponosimy koszty ubezpieczenia – tłumaczy Marek Gancarczyk, rzecznik MPK. Nie wszystko zresztą da się tak prosto przeliczyć na pieniądze – istotne jest przecież także to, czy mieszkańcy czują się w swoim mieście bezpiecznie i wygodnie. Zabazgrany przystanek i złamana ławka w tym nie pomagają.
Przy okazji zbierania projektów do kolejnej edycji Budżetu Obywatelskiego na stronie miasta opublikowany został „Cennik Budżetu Obywatelskiego”. Wskazano tam średnie kwoty, jakie trzeba wydać np. na stację roweru miejskiego, ustawienie latarni czy metr kwadratowy klombu. Można łatwo przeliczyć, że tylko za pieniądze wydawane przez ZIKiT na naprawy po wandalach można co roku zbudować wielofunkcyjne boisko (ok. 650-850 tys. zł) albo od sześciu do nawet kilkunastu podjazdów dla niepełnosprawnych (50-150 tys. zł). Nie mówiąc już o tysiącach metrów kwadratowych wyremontowanych chodników (150-170 zł/m2).