Wcześniejsze mikołajki przy Roosvelta. Wisła pokonana w dreszczowcu

– Kiedyś to moje zespoły wygrywały takie mecze. Dziś karta się odwróciła – wzdychał Franciszek Smuda po spotkaniu Wisły Kraków z Górnikiem Zabrze. Setne starcie tych klubów dostarczyło kibicom nieprawdopodobnej dawki emocji. Z wyniku zadowoleni są jednak tylko śląscy fani.

Już w zapowiedzi tego spotkania pisaliśmy, że drugi z rzędu tak słaby występ jak w Bielsku-Białej Wiśle zwyczajnie przydarzyć się nie może. Przewidywania okazały się trafione w punkt, bo Biała Gwiazda rozegrała bodaj najlepsze w sezonie zawody poza własnymi murami. Przez około 70 minut, jakby według piłkarskiego podręcznika, punkt po punkcie konsekwentnie dążyła do wywiezienia zwycięstwa z trudnego terenu.

Wprawdzie to górnicy dłużej utrzymywali się przy piłce, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że to jeden z elementów planu taktycznego nakreślonego przez Franciszka Smudę. Bezproduktywna wymiana podań 30 metrów od bramki Miśkiewicza, przy każdej próbie przedostania się w jej bliższe okolice kończyła się bowiem stratą.

A tuż po przejęciu piłki uruchamiała się świetnie naoliwiona maszyna spod znaku Białej Gwiazdy, napędzana precyzyjną pracą trybów w środku pola i szybkością Donalda Guerriera. Wiślackie wypady w pole karne Górnika odbywały się regularnie, a golami nie kończyły się tylko dlatego, że uderzenia Haitańczyka i Boguskiego szczęśliwie bronił Steinbors.

W końcu bramkarz Górnika postanowił jednak pomóc osłabionym brakiem Pawła Brożka gościom i ogłosił przy Roosvelta wcześniejsze mikołajki, do których później włączyli się kolejni aktorzy tego znakomitego - jak na polskie warunki - widowiska. Najpierw w kuriozalny sposób sprezentował wiślakom pierwszego gola, wrzucając sobie piłkę do bramki po dośrodkowaniu Garguły. A już po zmianie stron, niepewną interwencją poza polem karnym „asystował” przy trafieniu Guerriera.

Lecz gdy wydawało się, że dwubramkowe prowadzenie Białej Gwiazdy zakończyło spotkanie, na nowo rozpoczęli je Paweł Pskit i jego asystent z chorągiewką. Zabawa zaproponowana przez Steinborsa najwyraźniej przypadła im do gustu i dla równowagi obdarowali golem gospodarzy, przymykając oko na pozycję spaloną Nakoulmy, gdy ten pakował piłkę do bramki Miśkiewicza.

Od tego momentu hojnie obdarowywani emocjami byli już tylko kibice Górnika. Spory w tym udział zawodników Smudy, bo po utracie gola koncepcja gry zupełnie im się załamała. Po świetnej postawie z pierwszej godziny zostało tylko wspomnienie, tymczasem gospodarzom ambicja i chęć odwrócenia wyniku aż kipiały z uszu. Było jasne, że kolejne ataki sunące na bramkę Miśkiewicza prędzej czy później muszą zakończyć się golami. Wyrok dwukrotnie wykonał Mateusz Zachara i komplet punktów został w Zabrzu.

– Po pierwszej bramce Górnika, coś w nas pękło. Nie było takiej konsolidacji w środkowej strefie i  to zdecydowało o wyniku – przyznał Arkadiusz Głowacki. – Jesteśmy bardzo zawiedzeni, ale chcemy się porządnie przygotować do tych ostatnich pięciu meczów. Usiąść, odciąć to, co było dobre, a poprawić to, co było złe.


Górnik Zabrze – Wisła Kraków 3:2 (0:1)
Nakoulma 55’, Zachara 71’, 77’ – Steinbors 30’ (sam.), Guerrier 52’

Górnik: Steinbors – Olkowski, Łukasiewicz (64’ Łuczak), Gancarczyk, Kosznik – Sobolewski, Mączyński – Nakoulma, Przybylski, Madej (56’ Małkowski) – Zachara (88’ Iwan)
Wisła: Miśkiewicz – Burliga, Głowacki, Jovanović, Piotr Brożek – Stjepanović, Chrapek – Stolarski (67’ Małecki), Garguła, Guerrier – Boguski (77’ Sarki)

Sędziował: Tomasz Radkiewicz (Łódź)
Żółte kartki: Łukasiewicz -  Piotr Brożek, Burliga, Sarki