Wdowczyk: Cienia korupcji nie zamierzam odganiać [Rozmowa]
Ligi włoskiej nie znosi. Przyzwyczaił się, że gdziekolwiek będzie pracował, będą mówić o jego korupcyjnej przeszłości. W jego szatni panuje demokracja, ale szef jest tylko jeden. O piłce i życiu rozmawialiśmy z Dariuszem Wdowczykiem, trenerem Wisły Kraków.
Michał Knura: Jaki zobaczył pan zespół, gdy pierwszy raz wszedł do szatni?
Dariusz Wdowczyk: Nie widziałem dużej „załamki”. Trudno było się jednak spodziewać znakomitej atmosfery, kiedy nie potrafi się wygrać 11 meczów z rzędu. Musiałem szybko postawić ich na nogi, na nowo odbudować, wlać nadzieję. Przed meczem w Niecieczy nie mieliśmy czasu potrenować, ale znaleźliśmy chwilę, by porozmawiać. Na szczęście to wystarczyło, by zwyciężyć Termalikę. I ruszyliśmy.
Odblokowanie głowy to podstawa, nogi się nie plątały.
Kiedyś czytałem w bardzo mądrej książce, że od nóg do szyi jest bardzo łatwo zrobić piłkarza. Sztuką jest do niego przemówić, uspokoić głowę, odpowiednio „zaprogramować”.
Podobno niezły z pana psycholog.
Czytam sporo na ten temat. Mam w szatni ponad 20 zawodników, każdego z innym charakterem. Jakoś trzeba nad grupą zapanować, by wszystko grało. Jeżeli jest sportowa zawierucha, to ja muszę nad sobą panować. Jak trener nie potrafi utrzymać nerwów na wodzy, to jak ma prowadzić drużynę? Staram się, by piłkarze byli mentalnie przygotowani do zawodów. Jeżeli zawodnik jest skupiony na celu, wie co ma robić, to małe niepowodzenia go nie złamią.
Co pan powiedział zespołowi przed pierwszym meczem?
Chciałem, by zagrali prostą piłkę. Gdy ci nie idzie, nie możesz szukać trudnych rozwiązań. W sporcie i w życiu często wystarczy prostota.
Taką filozofię chce pan wpoić zespołowi?
Przede wszystkim musimy grać piłką, mieć ją przy nodze. Gdy prowadzisz grę, masz większą kontrolę, trudniej cię zaskoczyć. Pewności siebie nabierasz przez prostą grę, dokładne podania do partnera.
Słyszałem opinie, że w szatni rządzi pan twardą ręką.
Bez przesady, nie jestem dyktatorem. W mojej szatni panuje demokracja. Każdy może się wypowiedzieć, przedstawić swoje stanowisko. Potrzebny jest jednak szef, którym jestem ja. Piłkarze nie mogą przekroczyć czerwonej linii. Ja jestem trenerem i przede wszystkim mnie rozliczają z wyników.
W Krakowie znowu spotkał pan trudnego w prowadzeniu Patryka Małeckiego.
Eee, nie przesadzajmy. Dogadamy się.
W Pogoni kilka razy oberwało mu się za „gwiazdorzenie”.
Chcę, by w każdym meczu był tak pozytywnie naładowany i zdyscyplinowany jak w Niecieczy. On jest w stanie dać nam wiele dobrego.
Powoli dochodzi do siebie Krzysztof Mączyński. Wie pan, kiedy będzie mógł z niego skorzystać.
Chciałbym jak najszybciej, ale to nie jest ode mnie niezależne. Jeżeli rehabilitacja będzie przebiegała po myśli Krzyśka, to na pewno nam jeszcze pomoże. Jest bardzo zdeterminowany, bo zbliża się Euro, na które bardzo chciałby pojechać.
W drodze z Warszawy do Myślenic pewnie miał pan tysiąc myśli.
Dokładnie. Wiedziałem, że nie mam czasu, że wszystko będę robił „na czuja”. Udało nam się zdobyć sześć punktów, moja praca w Wiśle zaczęła się idealnie. Nawet nie marzyłem o tym, że w dwóch meczach będziemy w stanie strzelić dziewięć bramek. Każdy trener chce wygrywać, może mówić zawodnikom, że zdobędziemy sześć punktów. Tego jednak nikt nie zagwarantuje. Przeciwnik też się przygotowuje, zna lepsze i słabsze strony. Chce wykorzystać słabszy moment.
Nie miał pan czasu na przygotowanie zespołu do meczów. A jak było z podjęciem decyzji po ofercie Wisły?
Nie chcę, by ludzie odebrali to jako kadzenie, ale Wiśle się nie odmawia. Decyzję podjąłem szybko. W końcu mogę podjąć pracę. Wcześniej miałem propozycje, ale z różnych względów nie skorzystałem. Nie pozwalały mi sprawy rodzinne lub po prostu nie chciałem danego klubu przejmować.
Wciąż macie szanse na grę w grupie mistrzowskiej.
Spokojnie, wygraliśmy dopiero dwa mecze. Dopóki będą matematyczne szanse, to gwarantuję, że zespół nie odpuści. Jak się nie uda, to trudno. Wtedy naszym celem będzie wygranie grupy spadkowej. Na razie skupiamy się na meczu z Ruchem Chorzów.
Nie lubi pan wybiegać w przyszłość?
To zależy. Jeżeli chodzi o mecze, to skupiam się na każdym najbliższym. W innych kwestiach lubię planować, by nic mi nie umknęło. Dlatego już teraz myślę, jak poukładać letnie przygotowania.
Transfery już pan planuje?
Też, ale na razie odbyły się wstępne rozmowy. To, jacy piłkarze do nas dołączą, będzie zależne od wielu czynników.
16 lat temu mówił pan, że piłką jest obciążony genetycznie.
Kopał mój ojciec, kopałem ja i moi bracia. Na podwórku wystarczył trzepak lub dwie cegły i była bramka.
Na tym trzepaku wychował się bardzo dobry piłkarz.
Coś tam osiągnąłem, trochę pograłem, nauczyłem się języka, zwiedziłem kawał świata. Do końca nie jestem jednak spełniony. Brakuje mi w życiorysie występu na mistrzostwach świata czy Europy.
Dlaczego Antonii Piechniczek nie zabrał pana na mundial do Meksyku?
Stare czasy, szkoda gadać. Nie rozdrapujmy ran…
Podobno nie gubi się już pan na drodze z Krakowa do Myślenic.
(trener zamyka oczy i mówi) W prawo, potem na rondzie…. Nie jest źle. Jeszcze mieszkam w hotelu, ale niedługo chcę znaleźć mieszkanie. Będę mieszkał sam, żona musi zostać w Warszawie, bo tam pracuje. Będzie jednak przyjeżdżała na mecze i trzymała za nas kciuki.
Grał pan w Szkocji i Anglii. Premier League to pana ulubiona liga?
Od każdego trenera, z każdego meczu staram się coś wynieść dla siebie. Mogę zdradzić, że szanuję reprezentację Włoch i Juventus, ale Serie A nie znoszę!
Afera korupcyjna mocna pana zmieniła?
Dobrze wiem, że ten cień będzie za mną szedł, gdziekolwiek będę pracował. Nie zamierzam go jednak odganiać. Przyzwyczaiłem się, że jestem postrzegany przez pryzmat afery korupcyjnej. Na szczęście to już za mną. Miałem wiele czasu na przemyślenia, zrozumiałem, co w życiu jest ważne. Teraz chcę solidnie pracować.
Przypominanie o ciemniej stronie przeszłości pana nie dołuje?
Już nie, uodporniłem się. Za błędy zapłaciłem.