Wisła Kraków. Mariusz Jop: Nie wierzę w bajerowanie

Jako piłkarz przez wiele lat miałem deficyt bycia z rodziną. Zapewniamy radość kibicom, ale pracujemy przez większość weekendów w roku. Dlatego takie momenty jak święta są cenne – mówi trener Wisły Kraków, lidera I ligi.

Wywiad z Mariuszem Jopem

To pierwsza część rozmowy, którą przeprowadziliśmy 23 grudnia. Kolejna, dotycząca bieżących spraw i analizy rundy jesiennej, ukaże się na LoveKraków.pl 30 grudnia.

Puchar Polski. Mariusz Jop w czasie derbów Hutnika z Wisłą
Puchar Polski. Mariusz Jop w czasie derbów Hutnika z Wisłą
Mateusz Kaleta/LoveKrakow.pl

Michał Knura, LoveKraków.pl: Ma pan dzieci w bardzo różnym wieku. Dwoje już dorosłych, najmłodszy syn chodzi do przedszkola. Czy doświadczenie wychowywania starszych jest przydatne w prowadzeniu zawodników?

Mariusz Jop, trener Wisły Kraków: Myślę, że to pomaga, zwłaszcza jeśli ma się dzieci w wieku zbliżonym do części piłkarzy. Każde pokolenie jest inne, inaczej odbiera komunikaty. Kluczowe jest wyczucie drugiego człowieka i umiejętność dopasowania sposobu rozmowy. Do każdego zawodnika prowadzi trochę inny klucz – ze względu na charakter i osobowość. To jeden z trudniejszych elementów w pracy trenera.

Dziś piłkarze bardziej potrzebują wsparcia czy twardej ręki?

To bardzo indywidualne. Na pewno nie są to już czasy autorytarnego stylu, w którym trener mówił, a piłkarz miał tylko obowiązek słuchać. Dziś jest więcej przestrzeni na rozmowę, na wysłuchanie drugiej strony. Oczywiście wsparcie musi iść w parze z wymaganiami – jedno bez drugiego nie działa.

Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Dużo pan rozmawia z zawodnikami sam na sam?

W tygodniu takich rozmów mam kilka, połączonych z analizą pomeczową. Są piłkarze, z którymi spotykam się praktycznie po każdym spotkaniu, bo tego oczekują. Patrzę dzisiaj z mojej perspektywy i z niektórymi trenerami współpracowałem jako zawodnik przez kilka lat, a nie miałem takiej rozmowy. Nie oznacza to, że trener nie zapraszał liderów, natomiast nie było tak jak teraz.

To nie tylko czasochłonne, ale i wymagające. 

Staram się rozmawiać z każdym – nawet z bramkarzem, który w danym momencie jest trzeci w kolejce do gry. Zawsze stawiam na uczciwość. Jako piłkarz oczekiwałem szczerości i teraz jako trener też ją daję. Nie wierzę w upiększanie rzeczywistości, bajerowanie. Jeśli ktoś jest daleko od składu, powinien o tym wiedzieć. Co z tą informacją zrobi, to już jego sprawa. Najlepszą reakcją jest mobilizacja.

Reakcje na pewno są różne...

Pokazałem, że nikogo nie chowam w „szufladzie”, nie zamykam mu drogi do składu, a z drugiej strony – nikt nie ma zagwarantowanej gry. To wszystko jest płynne. Poza tym absolutnie naturalne jest, że piłkarz ma różną dyspozycję na przestrzeni miesięcy i moją rolą jest, by ci, którzy teraz nie grają, byli w optymalnej dyspozycji, gotowi na szanse.

Olivier Sukiennicki (w środku)
Olivier Sukiennicki (w środku)
Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

50 procent sukcesu jest zależne od ich postawy. 

Jeżeli piłkarz jest dalej od składu i pomyśli „nie gram, mam to gdzieś”, to nie będzie w stanie wskoczyć, gdy przyjedzie ten moment. Czekanie wymaga cierpliwości. Wiem, że nie jest łatwe, bo każdy ma ambicję, ale jeżeli już dostanie te minuty, to jest w stanie na dłużej zagościć w składzie. 

To jest proces. To jest coś, co nazywamy zespołem. Jak jeszcze się uda stworzyć atmosferę, w której bez wyjątku nie jednostka, ale zespół jest najważniejszy, i każdy to zaakceptuje, to jesteśmy w stanie jako grupa osiągać dobre wyniki.

W pana życiu było sporo momentów, które wymagały szybkiego dojrzewania. Stracił pan mamę, gdy miał 18 lat.

To było zaskoczenie i bardzo trudny moment. Chyba dla każdego strata rodzica jest czymś, na co nie da się przygotować. Tata odszedł kilka lat temu. Ciężko chorował. Zmarł w okresie, gdy byłem asystentem trenera Radka Sobolewskiego. Dziś z najbliższej rodziny mam brata. Święta to moment, kiedy wracam do Ostrowca, ale też odwiedzam groby. W sezonie często nie ma na to czasu – mecze, wyjazdy. Teraz można to zrobić spokojniej.

Radosław Sobolewski
Radosław Sobolewski
Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Jak pan zareagował na śmierć mamy?

Dla mnie oznaczało to konieczność szybszego wejścia w dorosłość. Mieszkałem jeszcze w rodzinnym Ostrowcu Świętokrzyskim, grałem w KSZO i byłem powoływany do reprezentacji juniorskich. Łączyłem to z nauką w najlepszym technikum w mieście, w klasie o specjalności z systemami komputerowymi. Treningi odbywały się przed południem, szkoła też – nie dało się tego pogodzić. Zdecydowałem się postawić na piłkę. Przerwałem technikum, później zrobiłem maturę w liceum dwuletnim i skończyłem studia. To był czas wyborów.

Nie uważał się pan za wielki talent.

Zawsze powtarzam, że to, co osiągnąłem, było efektem pracy, zaangażowania i poświęcenia. Nie byłem wybitnym talentem. Zagrałem w reprezentacji, pojechałem na dwa turnieje, zdobywałem mistrzostwa Polski, puchary, spędziłem kilka lat w mocnej lidze rosyjskiej – to daje mi satysfakcję. Ale wszystko przyszło przez konsekwencję i profesjonalne podejście.

Zespół Wisły Kraków. Na zdjęciu m.in. trener Mariusz Jop (drugi od prawej)
Zespół Wisły Kraków. Na zdjęciu m.in. trener Mariusz Jop (drugi od prawej)
Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Decyzja sprzed lat się obroniła. Zrobił pan karierę, a nauki też pan nie zaniedbał, tylko zrobił to inaczej.

Wyczuwałem wielką szansę. Ostrowiec Świętokrzyski był małym miastem, nie dał wielu reprezentantów, a ja zwracałem uwagę trenerów młodzieżowych reprezentacji. Miałem poczucie, że klub na mnie postawi, bo w tamtym czasie byłym jedynym powoływanym do kadry. Za trenera Adam Topolskiego przez pewien czas byłem kapitanem. Zupełnie nie wiedziałem, z czym to się wiąże, jakie są moje obowiązki. Po latach sądzę, że to miało mnie jeszcze bardziej zbudować. 

Z KSZO występował pan w I lidze (ówczesnej ekstraklasie), a w 1999 przeszedł do Wisły, w której budowę był już zaangażowany Bogusław Cupiał. 

Po spadku w 1998, trenerem KSZO został były selekcjoner i trener Wisły Henryk Apostel. Z Krakowa wziął ze sobą czterech zawodników: Rafała Wójcika, Marcina Pasionka, Wiktora Sydorenkę i Janusza Świerada. Celem był powrót do I ligi, ale to się nie udało. Ja później przeszedłem do Krakowa niejako w rozliczeniu. Miałem zostać wypożyczony, by regularnie grać – wiadomo, po jakich zawodników sięgała wtedy Biała Gwiazda. Zostałem jednak, szybko zadebiutowałem i dodatkowo w Olsztynie strzeliłem gola na wagę remisu.

Myślenice. Trener Wisły Mariusz Jop
Myślenice. Trener Wisły Mariusz Jop
Mateusz Kaleta/LoveKrakow.pl

Święta są dla pana ważne?

Jako piłkarz przez wiele lat miałem deficyt bycia z rodziną. Zapewniamy radość kibicom, ale pracujemy przez większość weekendów w roku. Dlatego takie momenty jak święta są cenne – żeby pobyć razem, porozmawiać o innych sprawach niż piłka, trochę oderwać się od codziennego rytmu.

Potrafi pan odpoczywać, odcinać się od piłki?

Umiem rozdzielić życie zawodowe od prywatnego. Chociaż oczywiście są takie momenty, że czas z synem, którego odbieram z przedszkola i planujemy trzy godziny dla siebie, przerywa telefon od prezesa czy dyrektora sportowego. Nie jest tak, że go nie odbiorę, natomiast higiena głowy jest ważna. Każdy z nas potrzebuje odskoczni. Po to, żeby będąc w środku, być trochę na zewnątrz, aby widzieć więcej. 

Wisła Kraków. Jarosław Królewski i Mariusz Jop
Wisła Kraków. Jarosław Królewski i Mariusz Jop
Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Ma to sens.

Ta idea przyświeca mi nie tylko w tym czasie poza treningiem i innymi zajęciami związanymi z drużyną. Bardzo cenię sobie, kiedy asystenci prowadzą części zajęć, a ja z boku mogę na to patrzeć. Siłą rzeczy będąc zaangażowany w pracę w jednej grupie, nie widzę tego, co robi druga. To są dla mnie bardzo cenne obserwacje. Przyjąłem model, w którym stawiamy nie tylko na rozwój indywidualnych piłkarzy i zespołu, ale też rozwój indywidualny członków sztabu.