Władze Krakowa dobijają zrównoważony transport?
WASZYM ZDANIEM. Oprócz krakowskiej biedy, bezrobocia, wulgarnych i szpetnych graffiti, trującego smogu, fali maczetowej agresji, o której wie już cała Polska; jest jeszcze jeden aspekt, który uprzykrza mi Kraków. Jest nim przewlekły opór Jacka Majchrowskiego względem rozwoju infrastruktury rowerowej. Jestem wściekły, że z tego powodu przesypiamy pozytywną rowerową rewolucję, która ogarnęła cały świat Zachodu.
Pan prezydent dał wyraz swojej misyjnej walce z rowerzystami, sprzeciwiając się uchwale kierunkowej –zgłoszonej przez radnego Pawła Ścigalskiego – wedle której minimum 0,3% rocznego budżetu miejskiego miałoby być przeznaczane na rozwój tego typu infrastruktury. Swoją decyzję tłumaczył tym, że „postanowienia zawarte w projekcie mogą godzić w zasadę zrównoważonego rozwoju infrastruktury komunikacyjnej Krakowa”.
Grosze na infrastrukturę rowerową
Taki tok rozumowania jest nie tylko krzywdzący dla coraz większej liczby krakowian, ale po prostu niedorzeczny. Słowa te nie powinny nigdy paść z ust najważniejszej osoby w Krakowie. Bardzo przykro, że do tego doszło, ale może dzięki temu przyjdzie pewne otrzeźwienie. Zastanawiam się jak można mówić o zrównoważonym transporcie, skoro prezydent ostatnimi czasy nie chciał przeznaczać na ścieżki rowerowe żadnych funduszy? Dopiero po uporczywych interwencjach radnych udało się w tegorocznym budżecie wyszarpać mizerne 2 miliony złotych, w momencie gdy o wiele mniejszy Gdańsk przeznaczy sumę 9-krotnie większą, czyli 18 milionów zł (0.67% rocznego budżetu).
Naruszona równowaga
Jacek Majchrowski postawił na wzrost atrakcyjności komunikacji zbiorowej, co cieszy, szczególnie jego ostatnie wypowiedzi, kiedy deklarował jeszcze większy nacisk na inwestycje usprawniające ten rodzaj transportu. Szczęśliwie dla większości krakowian poparł też ograniczenie ruchu samochodowego w centrum. Jednak to połowiczny sukces, ponieważ równocześnie intensywnie promuje ideę budowy parkingów podziemnych w centrum, co daje kierowcom „coś za coś”, czyli konserwuje stan obecny, w którym samochody będą dalej przyklejać się do drugiej obwodnicy. Zrównoważony transport opiera się na wspieraniu pieszych, rowerzystów, KMK i jednoczesnych sankcjach dla kierowców. Te sankcje nie wynikają ze złośliwości, ale ogromnych kosztów utrzymania infrastruktury samochodowej, jej szkodliwości dla zdrowia oraz jakości życia, a także faktu, że pożerając zbyt dużą przestrzeń miasta kosztem innych, drastycznie naruszyła tę równowagę.
Pan prezydent mimo to sukcesywnie próbuje amputować jeden z filarów zrównoważonego transportu – i to bardzo ważnego – czyli infrastrukturę rowerową. Kraków stoczył się w tej dziedzinie w przepaść ustępując miejsca wielu polskim miastom, szczególnie Gdańskowi i Wrocławiowi. Szybkie zbudowanie kompletnej sieci ścieżek rowerowych dobrej jakości, jest fundamentalnym interesem miasta w obliczu walki ze smogiem samochodowym. Jest to o tyle ważne, bo nie wszyscy kierowcy będą chcieli przesiąść się nawet do sprawnej komunikacji zbiorowej, ponieważ nie lubią ścisku lub boją się ryzyka spotkania pijanych czy agresywnych współpasażerów. Niektórzy z nich cenią sobie też wolność, którą oprócz chodzenia na nogach są w stanie zapewnić tylko rowery. Dla wielu kierowców jedyną alternatywą są właśnie rowery, tylko że Kraków nie dysponuje wystarczającą infrastrukturą konieczną do korzystania z tej alternatywy. Pan prezydent miał ogromny udział w przespaniu szansy na jej rozwój w ubiegłych latach.
Kraków daleko w tyle
W tym samym czasie Wrocław i Gdańsk wykonały gigantyczny rowerowy skok cywilizacyjny, zostawiając nas daleko w tyle. Wrocław ma dwukrotnie więcej ścieżek rowerowych niż Kraków. Więcej tego: nowa infrastruktura jest dobrej jakości i dużej przepustowości. Jeżdżąc na rowerze po Wrocławiu, szczególnie dzielnicy Fabryczna zauważyłem, że nowe ścieżki są bardzo szerokie, czasami nawet ok. 4-metrowe (!), wyłożone dobrej jakości równym asfaltem i oddzielone od ruchu pieszego, tak by nie powodować konfliktów. Tego typu ścieżki prowadzą nawet na lotnisko w Strachowicach na przedmieściach (to tak jakby 4-metrowa ścieżka rowerowa miała z Krakowa prowadzić aż do Balic). Prezydent Rafał Dutkiewicz rozumie potrzebę wspierania rowerzystów i w ostatnich latach przeprowadził serię spektakularnych inwestycji rowerowych w całym Wrocławiu, które znacząco zwiększyły w nim ruch rowerowy. Aż miło jest się przejechać po tym mieście (choćby ulicą Legnicką) i widzieć mnóstwo ludzi na rowerach, nawet w dni powszednie, poza godzinami szczytu i miesiącach okołozimowych. Sporo ludzi starszych jeździ po Wrocławiu na rowerach, co zadaje kłam temu, że jest to środek transportu jedynie dla młodych ludzi z dobrą kondycją. We Wrocławiu ruch rowerowy jest kilkukrotnie większy niż w Krakowie, co świadczy o tym, że jak się ludziom zapewni odpowiednie warunki, to je wykorzystają.
„Wybitnie bezrefleksyjny”
Wrocław jest bardzo pozytywnie odmienny w tej kwestii od Krakowa i prawdopodobnie wypełni założenia Karty Brukselskiej, mimo że jej nie podpisywał, a my tak. Nasze miasto nie ma na to jak na razie najmniejszych szans, chyba że szybko podejmiemy zdecydowane działania naprawcze. Karta Brukselska zakłada, że do 2020 roku Kraków: zwiększy udział ruchu rowerowego do 15% i będzie zwiększał dalej, o połowę zmniejszy ryzyko wypadków z udziałem rowerzystów, zbuduje sieć parkingów rowerowych i inne. Władze miasta jak na razie robią wszystko, by złamać postanowienia Karty i nie zrealizować jej słusznych założeń. Prawie nie buduje się ścieżek rowerowych, a te które powstają lub mają powstać są zbyt wąskie, np. planowania ścieżka po remoncie ulicy Mogilskiej ma mieć ledwie nieco ponad metr szerokości, co nawet nie pozwoli się bezpiecznie wyminąć rowerzystom (w ogóle w Krakowie są zbyt wąskie chodniki). Miasto nie tworzy śluz i nie koloruje pasów rowerowych na czerwono jak Wrocław i inne miasta, które zwiększają bezpieczeństwo rowerzystów oraz ich widoczność wśród kierowców. Kraków nie ma ani jednego publicznego parkingu rowerowego (gdzie można zamknąć jednoślady), a Wrocław jak najbardziej. Największą bolączką jest praktycznie brak budżetu rowerowego, co świadczy o braku myślenia perspektywicznego i jest po prostu zatrważające. Profesor Majchrowski okazał się w tym względzie – niestety – wybitnie bezrefleksyjny.
Radny Paweł Ścigalski zdaje się być jedyną osobą, która wspiera rowerzystów i jego propozycja przeznaczania minimum 0.3% rocznego budżetu Krakowa na budowę nowych ścieżek jest jak najbardziej potrzebna, jednak to i tak ciągle mało. Skoro Gdańsk przeznaczający ostatnio na tę infrastrukturę 0.67% swojego budżetu nie ma żadnego problemu ze smogiem, a jego powietrze jest najczystsze spośród wszystkich dużych miast, to znaczy, że duszący się Kraków musi jeszcze silniej angażować się w rozwój transportu rowerowego. Dlatego myślę, że uchwała kierunkowa mówiąca o przeznaczaniu przynajmniej 0.7% rocznego krakowskiego budżetu przez najbliższą dekadę na tę sferę jest jedyną przyzwoitą opcją.
Miasto dopuszcza się agresji ekonomicznej
Tutaj chodzi nie tylko o walkę ze smogiem, o zdrowie czy korki. Ważne jest również to, że ścieżki rowerowe zapobiegają ekonomicznemu wykluczaniu krakowian. Co prawda dla wielu bogatych ludzi rower jest rodzajem mody i dlatego na niego się przesiadają – niejednokrotnie może być droższy od samochodu – ale dla sporej rzeszy krakowian jest jedynym przystępnym finansowo środkiem transportu. Miasto blokując przeznaczanie sensownych funduszy na ścieżki rowerowe i kompleksowe wdrażanie polityki prorowerowej dokonuje tak naprawdę agresji ekonomicznej względem ludzi najbardziej poszkodowanych, zmuszając ich niejednokrotnie do ciężkich wyborów życiowych. Być może zza szyb luksusowych lexusów czy murów 700-metrowych willi tego nie widać, ale wielu krakowian staje przed dylematem: czy kupić sieciówkę MPK, czy buty dzieciom na zimę.
Byłbym wdzięczny gdyby pan prezydent wykazał się mądrością i wrażliwością społeczną. By ewoluował w tej kwestii i stał nie jedną, ale obydwiema nogami po dobrej stronie mocy. Kraków potrzebuje kompleksowej polityki zrównoważonego transportu, a nie tylko połowicznej. Marzę by nasze miasto za 10-15 lat nazywano środkowoeuropejską Kopenhagą. Starajmy się o to i róbmy wszystko, by tak się stało!
Śródtytuły pochodzą od redakcji