"Wszystko jest możliwe!" - rozmowa z dyrektorem artystycznym Festiwalu Bluesroads

Myślę, że podstawą działania jest wiara w to, że wszystko jest możliwe. Człowiek siada do programu festiwalu i marzy, a potem próbuje to, co sobie wymarzył, zrealizować w jak największym stopniu – mówi Bartosz Stawiarz, inicjator i dyrektor IV Studenckiego Festiwalu Muzyki Bluesowej w Krakowie. Rozmawiamy z nim w podziemiach Klubu Żaczek w poniedziałkowy poranek, kilka godzin po zakończeniu pożegnalnego jam session BLUESROADS, kiedy wspólnie z innymi organizatorami porządkuje sale i wywozi sprzęt.

Ola Koźmińska: Kiedy rozpoczynał się festiwal, wrzuciłeś wpis na Facebooku: "Cały rok pracy i jest!". Podczas finałowego koncertu chciałam zacząć tę rozmowę pytaniem, czy to już ten moment, kiedy emocje opadają, ale widziałam Cię skaczącego w euforii na bisach Natalii Przybysz. Jak jest dziś? Zmęczenie?

Bartosz Stawiarz: Po pięciu dniach, kiedy cały czas jest się w gotowości, mało śpi i mało je, chcąc mieć wszystko pod kontrolą, z pewnością tak. Jednak zmęczeni są wszyscy organizatorzy, bo naprawdę ciężko pracowali na sukces tego wydarzenia. Jednak przede wszystkim czujemy satysfakcję i dumę. Muzycy nie kryli zachwytów i szacunku do tego, co zrobiliśmy. Wojtek Waglewski w wywiadach wypowiadał się o festiwalu z ogromnym uznaniem, Natalia Przybysz była w totalnej euforii, zauroczona dwugodzinnym koncertem z trzema bisami. Również muzycy Harmonijkowego Ataku cały czas podkreślali, widziany z ich strony, nasz profesjonalizm. Wydaje mi się, że ta edycja była dopięta na ostatni guzik, a jednocześnie nie straciliśmy naszego studenckiego klimatu. Udało się to dzięki ciężkiej pracy prawie 30-osobowej ekipy organizatorskiej. Jestem im niezmiernie wdzięczny za tak wielkie zaangażowanie.

Patrząc na program festiwalu, już przed rozpoczęciem można było wskazać, co będzie jego najmocniejszym punktem. Ale co Tobie sprawiło największą satysfakcję, jaki moment pozostanie w pamięci?

Pewnie będzie to dużym zaskoczeniem, ale ze wszystkich czterech edycji Festiwalu Bluesroads najbardziej wyjątkowy okazał się dla mnie koncert Pawła Ostafila, który od dwudziestu lat nie występował na dużej imprezie, a bez którego dawniej festiwale bluesowe nie mogły się obejść. Ten wybitny bluesman od cztereach lat w ogóle nie koncertował. Szukając muzyków na festiwal, przesłuchując także tych afroamerykańskich, nie znalazłem nikogo, kto choćby się zbliżył do niego poziomem przekazu. To człowiek, który, być może jako jeden z ostatnich na świecie, gra bluesa tak, jak grano go w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Guy Davis, gwiazda drugiej edycji festiwalu, powiedział mi, że według amerykańskich artystów bluesowych starszego pokolenia, za dwadzieścia lat młodzi czarni Amerykanie będą jeździć do Delty Missisipi słuchać starych białych bluesmanów. Moim zdaniem, większość z nich powinna pojawić się w domu Pawła Ostafila. Keith Dunn, kiedy zobaczył jego nagrania, był w dużym szoku i pytał, kim jest ten człowiek oraz czy będzie mógł z nim kiedyś zagrać!

Jeszcze jednym wyjątkowym momentem, kiedy poczułem, że to, co robimy, jest naprawdę czymś wyjątkowym, były warsztaty Wojtka Waglewskiego, które miały trwać maksymalnie godzinę. Po 45 minutach do sali wszedł menager, aby poinformować artystę, że czas warsztatów dobiega końca… i wyszedł z niczym. To samo powtórzyło się po godzinie i półtorej, bo Waglewski nie chciał zakończyć tych warsztatów! To był dla mnie jednoznaczny sygnał, że naprawdę robimy coś, co daje radość nie tylko nam i ludziom, którzy przychodzą się uczyć od największych, ale także artystom.

Czy to już ten etap, kiedy wszystkie drzwi są przed wami otwarte? Patrząc na listę partnerów i gości, wydaje się, że na Bluesroads może wydarzyć się cokolwiek sobie wymarzycie.

Kolejne drzwi powoli się otwierają, niektóre są uchylone, inne przymknięte, a jeszcze inne ciągle zamknięte na klucz. Nie zawsze jest różowo, prywatni sponsorzy nie mając z dofinasowania imprez kulturalnych żadnych materialnych korzyści, choćby ulg podatkowych, nie są skorzy do wspierania tego typu imprez. Jednak mamy to, co jest podstawą działania – wiarę, że to, co robimy ma sens. Człowiek siada do programu festiwalu i marzy, a potem próbuje to zrealizować w jak największym stopniu. Justyna Kowalczyk powiedziała kiedyś, że jak ktoś ciężko pracuje, to nie może się nie udać. Wiele drzwi jest coraz szerzej otwartych – w tym roku po raz pierwszy wsparł nas finansowo Urząd Miasta Krakowa, po raz drugi otrzymaliśmy też wsparcie Konsulatu Amerykańskiego, którego przedstawiciele bardzo entuzjastycznie podeszli do festiwalu i byli na nim obecni. Od czterech lat wspiera nas Samorząd Studentów UJ, obecnie sponsor główny imprezy. Festiwal nie mógłby zaistnieć, gdyby nie ogromne wsparcie logistyczne i finansowe prawnego organizatora - Fundacji Studentów i Absolwentów UJ „Bratniak”.

Kto w Bluesroads jest tym marzycielem? Kto wyznacza kierunek, w jakim prowadzą bluesowe drogi?

Nie da się ukryć, że jako pomysłodawca festiwalu i osoba, która miała wizję całości, dyrektorem artystycznym jestem ja. Wydaje się, że droga, którą sobie obrałem i którą kroczę od początku, zdaje egzamin i rozwija się coraz lepiej. Oczywiście wszystkie moje pomysły są analizowane podczas naszych spotkań, część jest akceptowana, a część modyfikowana lub odrzucana przez sztab organizatorski.

Festiwal Bluesroads pokazuje zarówno bluesa w najbardziej pierwotnej postaci, jak i artystów, którzy nie są kojarzeni z bluesem, ale stanowią czołówkę ambitnej polskiej sceny muzycznej i do inspiracji bluesowych często się przyznają. Nie ma w Polsce drugiego takiego festiwalu bluesowego, w którym puryzm byłby zepchnięty na drugi plan. Był tu Paweł Ostafil, który spokojnie mógłby pojawić się w Memphis czy Nowym Orleanie i być tam przyjęty jako jeden z najlepszych muzyków bluesowych…

…a z drugiej strony Waglewski czy Natalia Przybysz z ich „bluesowym” repertuarem.

Pokazując, że wielu topowych artystów ma korzenie bluesowe, zachęcamy ich fanów do słuchania tej muzyki, pokazujemy jej głębię, promujemy wspólne granie, pogłębianie wiedzy o tym gatunku, który leży u podstaw całej muzyki rozrywkowej XX wieku.

Ale czy wyobrażasz sobie taką sytuację, że to Twoje wypieszczone czteroletnie dziecko nieco dorasta i schodzi na „złą drogę”? Moment, w którym mówisz „stop” albo zmieniasz kierunek?

Chciałbym, żeby Bluesroads szło w stronę amerykańskich festiwali rootsowych, które opierają się na bluesie, ale pokazują tez całe spektrum muzyki folkowej, wciągają muzyków komercyjnych i bardziej znanych, którzy pomagają też w promocji wydarzenia, jednocześnie proponując ambitne około bluesowe projekty. W tym roku był to Wojtek Waglewski i Natalia Przybysz, w zeszłym Maja Kleszcz i Incarnation oraz Tymon Tymański. Ponadto uważam, że problemem wielu festiwali muzycznych w Polsce jest fakt, że za koncertami nie idzie żadna debata, refleksja nad muzyką. A to, że Paweł Ostafil tak gra, nie wynika z faktu, że po prostu nauczył się grać na gitarze. On czytał, słuchał, myślał i analizował. Bez tego nie można stworzyć kultury muzycznej.

Dawniej takie historie przekazywali ojcowie, teraz kultura folkowa w tym wymiarze zanika. Dlatego prócz koncertów proponujemy warsztaty instrumentalno-wokalne, taneczne prelekcje o tematyce bluesowej podczas Akademii Bluesa, które mogą choć trochę pomóc w zastąpieniu pierwotnego przekazywania wiedzy o muzyce. Po tej edycji widać też, że Klub Żaczek stał się dla nas za mały, co jest miłą informacją. Oczywiście wiele osób może powiedzieć, że to zasługa bezpłatnego wstępu…

Zamierzacie utrzymać ten standard?

Prawdopodobnie tak. Bluesroads nigdy nie będzie festiwalem komercyjnym. Być może kiedyś zdecydujemy się na biletowanie części festiwalu, jeśli uda nam się ściągnąć wielkie gwiazdy i trzeba będzie to sfinansować. Są plany rozbudowy festiwalu, imprez przedfestiwalowych, stworzenia cyklicznej Akademii Bluesa czy bluesowej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Ideą Festiwalu jest zachęcanie do chodzenia na koncerty bluesowe w ciągu roku, zwłaszcza ludzi trafiających na Bluesroads przez przypadek. Oczywiście bezpłatny wstęp to sprawa kontrowersyjna, jednak w związku z rysem edukacyjnym festiwalu (bo to przecież nie tylko spotkanie przy piwie), jak najbardziej wskazana. Odzew jest fantastyczny. Nie jest to jeszcze impreza na 10 tysięcy osób, ale jeżeli będziemy się rozwijać tak jak dotychczas, to wierzę, że za parę lat Kraków stanie się europejską stolicą młodego bluesa. Nasz festiwal daje impuls, inspirację, pokazuje różne podejścia do muzyki na warsztatach czy Akademii Bluesa – prelekcjach, fotoreportażach i koncertach. Kazik mówił, że „artysta syty nie ma nic do powiedzenia”. Myślę, że tak jest z każdym człowiekiem. „Głodni” ludzie, przychodzący na te warsztaty, na pewno skorzystali i są bardziej kreatywni. Wiele nagrań z Akademii Bluesa wrzucimy też na nasz kanał na YouTube.

Twoim założeniem od początku było "budowanie klimatu Delty Missisipi” tu, w Krakowie. Czy te cztery lata istnienia festiwalu stworzyły lokalną społeczność bluesową?

Tworzenie w Krakowie klimatu rodem z Delty Missisipi to tylko przenośnia, mająca pokazać, że czerpiemy przede wszystkim z pierwotnych amerykańskich wzorców, bo to one są najlepszą i najbogatszą podstawą do własnych muzycznych poszukiwań. Patrząc na niedzielne pożegnalne jam session przed Klubem Żaczek, na którym pojawiła się też Natalia Przybysz i jej muzycy, można było zauważyć ludzi, którzy taką społeczność tworzą i są jej barwnymi członkami. Ta bluesowa rodzina jest coraz większa. To, czego nam zazdroszczą inne miasta, to tego, że oprócz Harrisa, legendarnej Alchemii czy Klubu pod Baranami pojawiają się nowe miejsca, gdzie można grać muzykę na żywo: Kornet, Kot Karola, Cafe Szafe, Mile Stone czy The Stage. Muzyka na żywo stała się ważnym elementem tutejszej kultury i mam nadzieję, że po części się do tego przyczyniliśmy. Chcemy promować i odświeżać wizerunek muzyki bluesowej. W naszym festiwalu czuć radość, spontaniczność, która ujmuje artystów – co podczas tej edycji po raz kolejny się potwierdziło.

Bluesroads to festiwal z definicji „studencki”. Co stanie się w momencie, kiedy wszyscy skończycie studia? Festiwal pójdzie z wami, oddacie go komuś czy zrobicie „szkółkę organizacji festiwalu” dla kolejnych pokoleń?

W naszym wypadku „studenckość” to stan umysłu, oczywiście w pozytywnym słowa znaczeniu, gdyż jesteśmy kreatywni, zaangażowani, twórczy - czyli tacy, jakimi studenci powinni być. W tym momencie 95% sztabu organizatorskiego to studenci, co zapewne może się z czasem zmieniać. Jednak uważam, że ciężko jest robić festiwal, który się rozwija, bazując cały czas tylko na nowych ludziach. Od czterech lat ekipa organizatorska uczy się na swoich błędach i zbiera doświadczenie, które szkoda było by roztrwonić. Wielu wolontariuszy odchodzi w momencie ukończenia studiów, ale są też tacy, którzy ciągle trwają i stanowią prawdziwy trzon sztabu organizatorskiego.

Byłoby wielką stratą dla festiwalu, gdyby jakaś część tych ludzi nie mogła przy nim dalej pracować. Chcę utrzymywać ten studencki charakter dzięki dopływowi świeżej krwi, do organizacji wciąż zgłaszają się studenci, którym możemy pokazywać, czego się nauczyliśmy. Z partnerami podczas przygotowań do festiwalu chciałbym organizować szkolenia dla wolontariuszy, aby młodzi mogli czerpać oprócz satysfakcji, także konkretne umiejętności. Żeby wartością i wyróżnieniem było to, że ktoś się dostaje do ekipy Bluesroads. Chciałbym, żeby byli wśród nich ludzie, którzy naprawdę chcą włożyć całe swoje serce w organizację tego festiwalu.