Z małego miasteczka do ekstraklasy. „Gdy zejdę z boiska, to będzie bolało”
Małe miasteczko, wielkie marzenia
Janikowo to małe miasteczko w powiecie inowrocławskim, dziś liczące nieco ponad 8 tys. mieszkańców. Wikipedia podpowiada, że sportowo lokalna społeczność żyje piłką nożną i żeglarstwem. Janikowo ma też krytą pływalnię oraz halę widowiskowo sportową.
O koszykówce nie ma ani słowa.
Martyna Stasiuk pamięta, że od zawsze to właśnie piłka nożna wiodła prym w jej rodzinnej miejscowości. Ale ona, jakby na przekór wszystkim i wszystkiemu, wybrała koszykówkę. Bo taka już właśnie jest: od dziecka idzie własną drogą, realizuje swoje plany i marzenia.
– Ta historia nie zaczyna się spektakularnie. Kiedy byłam w podstawówce, pani Małgorzata Pietrała, nauczycielka wychowania fizycznego, stworzyła drużynę koszykówki i taki był początek – wspomina Stasiuk. – 30 lat temu wybór w Janikowie był skromny. Wszyscy grali w piłkę nożną. Mi bardziej podobał się basket – dodaje.
Nie ukrywa, że uczniem była przeciętnym: wolała raczej uciekać z lekcji niż na nie chodzić. Wybrała sport już na wczesnym etapie i to właśnie on okazał się dla niej życiową drogą.
– Rodzice mnie wspierali, ale jednocześnie, gdy gorzej się uczyłam czy miałam złe zachowanie, to zabraniali mi chodzenia na treningi. Wiedzieli, że to dla mnie największa kara – opowiada nam Stasiuk.
Wyrwanie się z Janikowa było dla niej jednym z kluczowych momentów w życiu.
Tym największym była gra w Wiśle Kraków na poziomie ekstraklasy. Martyna Stasiuk właśnie to marzenie spełnia.
Niełatwa rozłąka z rodzicami
Nim jednak do tego doszło, dziecięca zajawka koszykówką musiała przerodzić się w pasję. – Z Janikowa wyjechałam do Bydgoszczy. Tam było ciężko. Trzy lata spędziłam w internacie – wspomina.
Oczywiście, że rozłąka z rodzicami nie należała do łatwych, ale jednocześnie dzięki koszykówce młoda Stasiuk poznawała świat, wyjeżdżając na zagraniczne turnieje sportowe.
Po Bydgoszczy przyszła Częstochowa. To właśnie tam przeprowadziły się także mama i siostra Martyny, a z czasem ta druga poznała swojego przyszłego męża. Do dziś jej najbliżsi są z tym miastem mocno związani.
– Nadal mieszkają w Częstochowie, a ja, zanim trafiłam do Krakowa, często zmieniałam adresy. To było prawdziwe życie na walizkach – wtedy bardzo mi się podobało, dziś już wiem, że nie chciałabym do tego wracać – przyznaje koszykarka.
Jej tata na stałe mieszka w Inowrocławiu, ale regularnie pojawia się na meczach rozgrywanych w północnej Polsce. Z kolei mama i siostra wraz z rodziną, kiedy tylko mogą, wspierają ją z trybun w Krakowie.
W Częstochowie Martyna ma natomiast swoich dwóch największych kibiców – Amelkę i Filipa. – Dla nich jestem po prostu najlepsza – nie widzą nic poza tym, że ich ciocia gra w koszykówkę i spełnia swoje sportowe marzenia – dodaje.
– Poza tym mam wielu znajomych, ale też prawdziwych przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. To moja „rodzina z wyboru” – podkreśla.
W Warszawie mieszka jej najmłodszy kibic, Jaśminka. – Jest częstym gościem w moim życiu, a z jej rodzicami przyjaźnię się od wielu lat. Wiem, że zawsze mogę tam wrócić. Z kolei Jelenia Góra, która kiedyś również była moim domem, nadal pozostaje bliska mojemu sercu i chętnie wracam tam, kiedy tylko mam chwilę wolnego czasu – zapewnia Stasiuk.
– Bo miejsce tworzą ludzie – dodaje: – To oni sprawiają, że życie staje się pełniejsze, ciekawsze i łatwiejsze, niezależnie od tego, gdzie akurat jesteśmy. Czasem wystarczy spotkać odpowiednie osoby, a cały świat nagle zaczyna wyglądać inaczej.
Pół tysiąca na początek
W Częstochowie Martyna Stasiuk otrzymała pierwszy kontrakt i na koszykówce zaczęła zarabiać pieniądze. Na początku było to skromne 500 zł miesięcznie.
Z pierwszym kontraktem w rękach poczuła, że koszykówka może być nie tylko pasją, ale też sposobem na życie i zarobek. – Sport to dla mnie najłatwiej zarobione pieniądze. Nie dlatego, że nie wymaga wysiłku. Wymaga, i to ogromnego, jak również wielu wyrzeczeń. Chodzi o to, że po prostu zarabiam pieniądze na tym, co kocham – przekonuje.
Spełnianie marzeń
Pierwszy raz w ekstraklasie Martyna Stasiuk zagrała w Szczecinie, gdzie również ukończyła studia z wychowania fizycznego. To właśnie tam poczuła wielkie emocje, związane z grą na najwyższym poziomie – rywalizację z klasowymi zawodniczkami i świat, w którym od razu wiedziała, że chce zaistnieć jako koszykarka.
Później jej sportowa droga prowadziła jeszcze przez Jelenią Górę, Leszno oraz Łódź. – Każde z tych miejsc było kolejnym etapem zbierania doświadczeń, budowania własnej tożsamości na parkiecie, ale też tworzenia relacji i przyjaźni, które trwają – i będą trwać – niezależnie od tego, kiedy koszykówka stanie się już tylko wspomnieniem. Wszystko to wydarzyło się, zanim na dobre związałam swoją sportową drogę z Krakowem – dodaje Martyna Stasiuk.
Nim pięć lat temu przybyła pod Wawel, trenowała w Sosnowcu, pod okiem Jorge Aragonesa, który jest dziś pierwszym trenerem koszykarek w Wiśle Kraków.
– Wiele mówię o spełnianiu marzeń, ale to naprawdę niesamowite, jak to z nimi jest w moim życiu. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałam do Krakowa. Usiadłyśmy z koleżanką na Rynku Głównym i powiedziałam do niej, że chciałabym tutaj mieszkać. Za jakiś czas dostałam telefon od trenera Michała Sumary, który zaproponował mi grę w Wiśle Kraków – wspomina.
Długo się nie zastanawiała. – Jeśli ktoś mi powie, że nie marzy o tym, żeby zagrać w Wiśle Kraków, to mu nie uwierzę. To było moje marzenie od dziecka. I może nie gram już tyle, co kiedyś, ale cieszę się nawet z tych 10 czy 15 minut, które dostaję od trenera. Ufa mi, a ja daję z siebie wszystko. Nawet w wieku 37 lat jestem wsparciem dla drużyny – mówi Stasiuk.
Jej wymarzona przygoda z najbardziej utytułowanym zespołem w polskim damskim baskecie to wzloty i upadki. W swoich mediach społecznościowych z ulgą żegnała 2024 rok.
„Jak dobrze, że się kończy. To był ciężki rok. Niezwykle męczący” – pisała. – To był rok, kiedy nie awansowałyśmy do ekstraklasy – mówi nam dziś koszykarka.
Pamięta, że liczyła na finał z Gdynią. I faktycznie do niego doszło.
– To młody zespół, z którym po dwóch kwartach wygrywałyśmy już 17 punktami. Wtedy kliknęło: mamy to. Ale młodzież z Gdyni, która dopiero wchodziła w świat wielkiej koszykówki, pokazała nam, gdzie nasze miejsce. Dziewczyny posłały nas na księżyc. Nie dowiozłyśmy tego finału, a tym samym również awansu – dodaje.
Doping był fenomenalny
Do łatwych nie należał też pierwszy mecz po powrocie do esktraklasy, od której koszykarki Białej Gwiazdy „odpoczywały” pięć lat. Wiślaczki pojechały do Poznania, gdzie zostały ograne przez tamtejsze koszykarki ośmioma punktami.
– Pierwszy mecz to zawsze jest loteria. Mamy w zespole nowe zawodniczki, w Poznaniu nie byłyśmy jeszcze ze sobą zgrane. Także nie przestraszyłyśmy się tej porażki – twierdzi koszykarka Białej Gwiazdy.
Zaledwie tydzień później zawodniczki Wisły wyszły już na własny parkiet i przy pełnej hali kibiców pokonały drużynę ze stolicy 78-62. – Lepszego początku w ekstraklasie nie mogłyśmy sobie wymarzyć. To było świetne widowisko, ciarki miałam na całym ciele – mówi Stasiuk.
Podobnie czuła się dwa lata temu, kiedy na jednym z meczów w hali przy Reymonta pojawili się kibice piłkarscy i ryknęli z całych sił, dopingując Wiślaczki.
– Podczas meczu z Polonią Warszawa doping też był fenomenalny. Niesamowite uczucie. To jest trochę tak, jakby nagle cały świat wokół ciebie się zatrzymywał. Wchodziłam na boisko i zastanawiałam się: o matko, co tutaj się dzieje? – wspomina.
To co najbardziej kręci ją w baskecie, to rywalizacja. Na boisku realizuje przede wszystkim swoje cele i marzenia, ale nie ukrywa, że gra też przede wszystkim dla publiczności.
– Nie tylko zarabiam na tym, co kocham, ale na dodatek ludzie mnie za to podziwiają. Całą naszą drużynę. Przychodzą na mecze, dopingują, klaszczą, poświęcają swój czas, wydają pieniądze. Są takie zawody, w których ktoś ci podziękuje, ale na końcu. Tutaj tę wdzięczność i motywację czujesz w każdej minucie – podkreśla.
Oczywiście, nie zawsze jest sympatycznie. Czasem, jak mówi Stasiuk, kibicom się uleje, ale stara się nie zaglądać w komentarze. – To zresztą rzadkość. Z reguły publiczność bardzo nas wspiera – dodaje.
Niedawny derbowy mecz z Bochnią zgromadził blisko 1200 widzów. – To wielka radość, że kibice wracają na Reymonta. Pamiętam, jak jeszcze trzy czy cztery lata temu na trybunach było kilkanaście osób – przypomina sobie Stasiuk.
– Martyna na boisku to istny walczak. Zostawia tam całe serce i nigdy łatwo skóry nie oddaje – mówi nam jej przyjaciółka, Lena Woźniak.
A poza boiskiem? – Nie umie usiedzieć na miejscu. Z nią nie ma nudy, miliony pomysłów na sekundę, najlepszy organizator. A do tego wspaniała przyjaciółka, towarzyszka przygód, zawsze pomocna, ciepła – dodaje.
Wielu trenerów, jeden cel
Zawodniczka Białej Gwiazdy nie ukrywa, że koszykówka jest tak naprawdę ciężką pracą.
– To nie jest tak, jak niektórym może się wydawać, że pójdziemy na trening, pobiegamy godzinę i tyle. My naprawdę dajemy z siebie wszystko – dodaje Stasiuk.
W przeszłości pracowała również poza sportem – była nauczycielką wychowania fizycznego w szkole, a na jednym z etapów życia zawodowego także opiekunką w żłobku. Dziś, mieszkając w Krakowie, jest związana zawodowo z Akademią Wisły CANPACK Kraków.
Na co dzień współpracuje z Dorotą Gburczyk-Sikorą, od której uczy się funkcjonowania klubu „od kuchni” – pracy organizacyjnej, współpracy z trenerami oraz tego, jak wygląda codzienność sportu widziana nie tylko z perspektywy parkietu, ale również zaplecza i struktur klubowych.
– Zawsze starałam się konstruować kontrakt tak, że poza graniem, mam również pracę poza boiskiem. Miałam dużo szczęścia, bo trafiałam do klubów, które nie zalegały z wypłatami. Ale przecież pieniądze zawsze mogą się skończyć i miałam świadomość, że ktoś do mnie podejdzie i powie: tobie już dziękujemy – opowiada Stasiuk.
Nie miała koszykarskiego mentora, ale uczyła się basketu pod okiem wielu trenerów. Taką też drogę poleca młodym ludziom.
Sama miała ich bardzo wielu. – Zawdzięczam im to, że ukształtowali mnie jako całościową zawodniczkę – podkreśla. Na swojej drodze współpracowała zarówno z wielkimi trenerami, jak i wyjątkowymi ludźmi, którzy mieli realny wpływ na jej rozwój sportowy i osobowość. Wśród nich wymienia m.in. Krzysztofa Koziorowicza, Mirosława Trześniewskiego, Piotra Neydera oraz Elżbietę Nowak.
Trójka w kluczowym momencie
Martyna Stasiuk ma dziś 37 lat. Zdaje sobie sprawę, że do końca kariery już krótka droga. Bardzo chciałaby pograć jeszcze może dwa, trzy lata. Wszystko zależy tylko od zdrowia: czy jej na to pozwoli.
– Gdy zejdę z boiska, to będzie bardzo bolało – nie ukrywa.
Co dalej? Nie widzi się w roli trenera, to chyba byłoby dla niej już za dużo. – Nie wiem, co jest trudniejsze: bycie zawodnikiem czy trenerem. Obie role są cholernie trudne. Na boisku jesteśmy odpowiedzialne każda za każdą, za wynik. I przede wszystkim za samą siebie. Ale odpowiadać za całą drużynę? To chyba nie dla mnie – dodaje.
Gdy Martyna Stasiuk wychodzi na parkiet, to wraz z nią na boisko wkracza doświadczenie, ale też radość. Kiedy chwyta piłkę i rzuca trójkę w kluczowym momencie, cieszy się wciąż tak samo jak kiedyś.
– Może nawet bardziej. Kiedy coś się kończy i wiesz, że nie masz już przed sobą 20 kolejnych sezonów, starasz się chyba jeszcze mocniej – zauważa.
Wkraczając wraz z Wisłą Kraków do ekstraklasy, musiała wiele rzeczy przemyśleć, poukładać na nowo.
– Kiedyś zespół bardziej opierał się na mnie. Dziś dostaję mniej minut, zdobywam mniej punktów. Nie jestem już kapitanem, ale wciąż stanowię wsparcie dla drużyny i chcę, żeby tak zostało do końca – twierdzi.
Bo przecież energia, mówi nam Stasiuk, którą daje na boisku, to nie zawsze musi być zdobyte 20 punktów. – Lepiej jest poklepać po plecach koleżankę, która trafiła trójkę, i powiedzieć jej: „zrób to jeszcze raz”, niż wkurzać się, że ktoś inny niż ty zdobywa punkty – zapewnia.
Kiedyś Martyna Stasiuk, jak sama opowiada, była dość narwaną koszykarką: pierwsza podbiegała do sędziów, żeby się wykłócać („No dobrze, to mi trochę zostało do dziś”).
– Kiedyś nawet miałam dość poważną sprzeczkę z koszykarką z przeciwnej drużyny. Po prostu się pobiłyśmy. Co ciekawe, to moja dobra koleżanka. Wszyscy byli w szoku. Ale to na boisku. Poza nim przecież wciąż się lubimy, przychodzimy na swoje urodziny – wspomina koszykarka Białej Gwiazdy.
I choć na boisku Martyna Stasiuk pokazuje niezwykłą siłę, nie ukrywa, że jest wrażliwym człowiekiem: – Gdzieś głęboko w sobie wciąż noszę „dużego dzieciaka”, który potrafi się bawić i wymyślać naprawdę zwariowane pomysły.