Zginął w pogoni za marzeniami

Wciąż można przeglądać jego konto na Facebooku. Na stronie naszdakar.pl podany jest jego mailowy adres, choć nie żyje od roku. – Tak ma być, Michał ciągle jest z nami. Czujemy jego obecność – podkreśla przyjaciel zmarłego. 6 stycznia mija rok, odkąd morderczy Rajd Dakar zabrał krakowskiego motocyklistę Michała Hernika.

Byli jak bracia

Było ich trzech: Paweł Stasiaczek, Norbert Madetko i Michał Hernik. Mieli marzenia i je realizowali. Jeden z nich, Michał, zginął podczas ubiegłorocznego Dakaru. Wiele poświęcili, by zrealizować swoje marzenia. Opisywali je na stronie naszdakar.pl. Hernik zapłacił najwyższą cenę.

– To była więcej niż przyjaźń. Był dla mnie jak brat. Poznałem go 15 lat temu, pracował z moim bratem. Później ze mną, a następnie stworzyliśmy wspólny biznes – opowiada Paweł Stasiaczek, który w tym roku chciał ponownie wystartować w Dakarze, ale musiał zostać w Polsce przez kontuzję barku.

Kiedyś Michał zaproponował, by kupili sobie motocykle. Stasiaczek zgodził się, choć w tej dziedzinie był kompletnym ignorantem. Nawet biegów nie potrafił zmieniać. – Byłem po 30 i zacząłem odkrywać Amerykę. Michał wszystkiego mnie nauczył. Później trafiliśmy do Marka i Jacka Czachorów, którzy nam wszystko wyjaśniali – tłumaczy rajdowiec.

Prezent na urodziny

Mężczyźni realizowali pasję, podróżowali po Afryce. Odwiedzili Mali i Burkina Faso. W końcu nadeszły 40. urodziny Pawła. – Postanowiłem, że z tej okazji pojedziemy do Kamerunu najstarszym samochodem, jaki znajdziemy w Polsce. Była to przygoda znaleziona w książce Cizii Zyke – wspomina nasz rozmówca. Tam jednak pojechał tylko z Norbertem. Michał dodglądał firmy.

Kupili 32-letniego mercedesa i ruszyli w drogę pełną przygód. Szczęśliwie dotarli jednak do celu podróży i postanowili, że dzięki temu muszą zostawić po tej przygodzie coś trwałego. Po powrocie Paweł namówił nieżyjącego dziś Michała na ufundowanie sierocińca dla kameruńskich dzieci.

Swoje marzenia z okazji obchodzonych 30 stycznia 40. urodzin miał także Hernik. Bardzo chciał pojechać w Rajdzie Dakar. – Zaczęliśmy szukać kontaktów. Było dla nas oczywiste, że musimy Michałowi pomóc zrealizować to, czego pragnie – mówi Stasiaczek.

W końcu po wielu przygotowaniach, przeżytych awariach i przejechaniu tysięcy kilometrów, Hernik dotarł na dakarową rampę. – Tak ucieszonego nie widziałem go nigdy w życiu. Miałem jechać z nim, by mu pomóc i wspierać się nawzajem – tłumaczy uczestnik Rajdu Dakar.

Fatalny 6 stycznia

Pierwszy etap przejechali bez problemów. Drugi kosztował ich wiele, odpadło około 100 uczestników, ale dali radę. 6 stycznia Stasiaczek ruszył na trasę jako pierwszy. Hernik dogonił go na 40. kilometrze. – Spokojnie dojechałem do mety. Byłem przekonany, że Michał dawno już odpoczywa. Nie było go jednak na biwaku, gdzie czekała na niego żona Lucyna. W końcu organizator przekazał nam tę smutną wiadomość… – Stasiaczek zawiesza głos.

Ciało motocyklisty zostało znalezione 14 kilometrów od mety. Pomylił drogę, być może się wywrócił i doznał obrażeń. Tego nie wiadomo. – W takich warunkach po prostu się odwodnił – przyznaje Stasiaczek.

Balony z serduszkami do nieba

Śmierć bliskiej osoby była dla niego trudna, ale tylko przez chwilę zastanawiał się nad porzuceniem rajdów. – W tym nie mogłem pojechać, ale za rok postaram się wystartować – zapewnia nas Paweł. – Ze śmiercą Michała musieliśmy się pogodzić  – podkreśla rajdowiec.

Hernik spoczął na cmentarzu Salwatorskim. Żegnały go tłumy. Gdy urna z prochami była składana w grobie, w niebo zostały wypuszczone balony z serduszkami. – Ludzi dobrych poznaje się po liczbie przyjaciół. Dzisiaj widać, że Michał był bardzo dobrym człowiekiem – mówił kapłan, który przewodniczył nabożeństwu.

– Michał jest z nami. Czujemy jego wsparcie, obecność. Życie tak się potoczyło i nic na to nie poradzimy – kończy Stasiaczek.