Znani, lubiani, zabiegani. Co pamiętają z dzieciństwa i jak dziś obchodzą Boże Narodzenie?
Karolina Biedrzycka, wnuczka legendarnego piłkarza Wisły – Władysława Kawuli, rzecznik prasowy klubu
Święta od zawsze kojarzyły mi się z magicznym czasem, w którym najistotniejsza była duchowość. Moi dziadkowie dbali o to, aby nie zapominać, czym jest Boże Narodzenie – nie chodziło zatem o wystawne prezenty czy ładne stroje, lecz o odpowiednie przeżywanie narodzin Jezusa. Kolację wigilijną zawsze rozpoczynaliśmy od kilku wersów Pisma Świętego i od modlitwy, a następnie głos zabierał nestor naszego rodu – mój dziadek. Pod obrusem nie brakowało sianka, a na stole musiało znaleźć się miejsce – koniecznie – dla dwunastu potraw i pustego talerza dla „zbłąkanego wędrowca”.
Według przyjętego zwyczaju, aby zapewnić sobie szczęście, każdy – bez wyjątku – musiał spróbować wszystkich dań. A te były wyjątkowe, bo przygotowywane w oparciu o przepisy przechodzące z pokolenia na pokolenie. Zawsze smakowały tak samo dobrze! Do tej pory z niecierpliwością czekam na groch z kapustą, kluski z makiem czy kompot z suszu. Wraz z kuzynostwem prześcigiwaliśmy się w liczbie znalezionych w karpiu ości, bo – jak mówi powiedzenie – „będziesz miał tyle radości, ile karp ma ości”.
Pozostałością po przygotowaniach do Wigilii były łuski z karpia, które obowiązkowo umieszczaliśmy w swoich portfelach. Najwspanialsze było jednak to, że ten jedyny dzień w roku odkładaliśmy na bok codzienne troski i wspólnie – z całą rodziną, która liczyła wówczas ponad 20 osób – spotykaliśmy się u dziadków. Czas stawał w miejscu, w powietrzu unosiły się przepiękne zapachy, a w odpowiednim przeżywaniu Świąt pomagało nucenie kolęd.
Zwieńczeniem Wigilii był udział w pasterce, na którą nawet najmłodsi czekali z niecierpliwością, chociaż często okazywało się to wyzwaniem i nierówną walką z opadającymi powiekami. Aktualnie Wigilię przeżywamy w węższych gronach. Wszystkim jednak towarzyszą zakorzenione zwyczaje, które przypominają o tamtych chwilach. Dorocznie odwiedzamy się w swoich domach, aby połamać się opłatkiem i złożyć sobie świąteczne życzenia.
Zofia Gołubiew, była dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie
Mam szczęście, gdyż podczas Świąt Bożego Narodzenia poznałam dwa różne zwyczaje – krakowski i wileński.
Ten pierwszy był w domu moich rodziców, typowym mieszczańskim domu inteligenckim. Jako dziecko czekałam na Wigilię z wielką niecierpliwością, gdyż wówczas „Aniołek” przynosił prezenty pod choinkę. Rodzice tak to sprytnie organizowali, że nigdy nie udało mi się dostrzec, kiedy i jak ta góra prezentów „wyrastała” pod drzewkiem. A mieliśmy zawsze żywą choinkę, do sufitu, którą pięknie ubieraliśmy.
Jednak na kolację wigilijną nie czekałam z przyjemnością, gdyż nie lubiłam większości podawanych potraw – ani zupy rybnej, ani gotowanego karpia posypanego pokruszonym jajkiem na twardo, ani też smażonego w panierce. Ale obowiązywał taki zwyczaj, że musiało się spróbować choćby odrobinkę każdej potrawy. Jadłam więc gotowane ziemniaki, kapustę kiszoną z fasolką, połykałam te kawałki ryb i czekałam na desery. Był to u nas mak z bakaliami i miodem, makowiec, szarlotka i taki śmieszny placek z andrutów na bazie powidła śliwkowego, nazywany „ślizgowcem”. Żadnych tortów, serowców, kutii, żadnego alkoholu. Za to pyszny „śmietniczek owocowy”, czyli sałatka z wielu cienko pokrojonych owoców z bakaliami.
W wileńskiej rodzinie mojego męża, Stanisława Gołubiewa, w Wigilię podawane były sałatki jarzynowe, śledzie w tomacie, barszcz z bardzo smacznymi uszkami pieczonymi na blasze, karp smażony. Na deser kompot z suszu i specjał regionalny, czyli „mleczko makowe ze śleżykami” – to mak, który wypuścił taki białawy sok, a śleżyki to pieczone kuleczki z ciasta drożdżowego.
Co łączyło te dwie tradycje, to po pierwsze fakt, że Święta obchodzone były po zakończeniu adwentu, a nie od listopada. Że 6 grudnia przychodził święty Mikołaj, a nie jakiś wyrośnięty krasnal, a prezenty pod choinkę dawał „Aniołek”. Że kolędy śpiewało się dopiero w wieczór wigilijny i na pasterce, a nie „christmasy” przez niemal dwa miesiące. A przede wszystkim, że były to właśnie święta w znaczeniu religijnym, a nie okazja do zakupów i objadania się.
Teraz ten swoisty miks obu tych tradycji podtrzymuje moja córka, która urządza Święta dla całej rodziny. Choinki w naszych domach zdobią śliczne zabawki ze skorupek orzechów i kolorowych kartoników, przedstawiające różne zwierzątka i fantastyczne postaci. To zabawki wymyślone i własnoręcznie robione przez rodzinę Gołubiewów. Z domu moich rodziców pozostały z kolei plastyczne gwiazdki, robione przez nas z pasków białego papieru.
Marcin Daniec, satyryk, artysta kabaretowy
Od najmłodszych lat pamiętam przygotowanie miejsca pod poduszką i spryt świętego Mikołaja, który prezenty przynosił zawsze po... moim zaśnięciu. Długo nie wiedziałem, dlaczego do przedszkola przychodził... „Dziadek Mróz”, a do sali katechetycznej święty Mikołaj!
Nigdy nie zapomnę zapachów wigilijnych potraw, ubierania choinki, stałych wzruszeń przy stole i skrzypiącego śniegu pod butami, kiedy szło się na pasterkę w „tunelach śnieżnych” wyższych niż ludzie! Program telewizyjny w tym czasie był zawsze lepszy. Tygodniki świąteczne również.
Od zawsze mam na głowie osadzenie choinki, zamontowanie światełek i niekończące się znoszenie ze strychu pudeł ze stroikami i... bańkami. Żona jest Kujawianką i twierdzi, że to... bombki. Upiera się też, że prezenty przynosi „Gwiazdor”! Na szczęście moja żona i teściowa znakomicie gotują, więc smaki z dzieciństwa są wciąż te same.
Podczas przygotowań do Świąt dostrzegam u naszej córeczki identyczny błysk w oku. To najcudowniejszy czas! Wyhamowanie w tej życiowej gonitwie jest bezcenne.
Janusz Filipiak, prezes Comarchu i Cracovii
W czasach mojego dzieciństwa wielkim sukcesem było dostanie mandarynek, trzeba było o nie powalczyć. Były tak cenne, że często leżały i zgniły, bo żal było jeść.
Pamiętam choinki z prawdziwymi świeczkami i gaszenie drobnych pożarów, ale jakoś ludzie sobie z tym radzili. Robiliśmy łańcuchy z papieru i było bardziej rodzinnie niż obecnie. Zjeżdżała się cała rodzina, choć w naszym domu nie było idealnych warunków, by wszystkim zapewnić nocleg.
Dziś mieszkamy w Szwajcarii, ale Święta – jak zawsze – będą typowo polskie! Zawsze obawiamy się reakcji celników, bo wieziemy zafoliowane karpie i pierogi. Zawsze liczymy, że nie sprawdzą zawartości, bo trochę obawiamy się reakcji. Oprócz tych dań, zawsze lubiłem śledzie w każdej postaci.
Bogusław Kośmider, wiceprezydent Krakowa
Te Święta będą inne, bo niedawno zmarła moja mama. Do wigilijnego stału zasiada zawsze duża rodzina, około 20 osób. W tym roku gospodarzami wieczerzy jest szwagrostwo. O północy idziemy na pasterkę, tradycyjnie do kościoła Mariackiego. 25 grudnia wydajemy uroczysty obiad, potem chodzimy po Krakowie i oglądamy bożonarodzeniowe szopki. W drugi dzień Świąt jest podobnie, są odwiedziny u rodziny i znajomych. W planach mamy już daleki wyjazd na sylwestra.
Na co dzień muszę się pilnować z jedzeniem słodkiego, jednak w tym czasie pozwalam sobie na dużo więcej. Bardzo lubię kutię. Z dzieciństwa pamiętam przede wszystkim barszcz z uszkami i pierogi.
Zawsze spodziewam się, co mogę otrzymać w prezencie, ale nie chcę mówić. Gdy byłem mały, fascynowała mnie kolej. Rozkładałem więc duże tory, o które w pokoju potykali się najbliżsi. Otrzymywałem również książki, które bardzo chętnie czytałem.
Rafał Sonik, przedsiębiorca, zwycięzca Rajdu Dakar i wielokrotny zdobywca PŚ w jeździe na quadzie
Wszystkie dotychczasowe Święta Bożego Narodzenia spędzałem w Krakowie. Tegoroczne są wyjątkowe, ponieważ po raz pierwszy wyjechaliśmy z rodziną za granicę. To duże wyzwanie, bo zależało nam na zachowaniu polskiego charakteru kolacji wigilijnej. Na stole nie może wtedy zabraknąć mojego ukochanego barszczu z uszkami, kutii i pierogów od cioci Krysi.
Bez wątpienia będą to wyjątkowe dni również dlatego, że naszym najcenniejszym prezentem świątecznym będzie... czas. W okresie intensywnych przygotowań do Rajdu Dakar nie mieliśmy go dla siebie zbyt wiele. Ostatnio trenowałem przez tydzień na pustyni w Dubaju, wcześniej przygotowywałem się fizycznie w Alpach. Teraz, tuż przed wylotem do Arabii Saudyjskiej, dostaję możliwość wyciszenia, uspokojenia i naładowania pozytywną energią od moich bliskich. To niezwykle cenne.