Babski comber, bachusy i popielcowe klocki, czyli walka karnawału z postem

„Powoli, pomału, ale im więcej w czas, tem bardziej zacierają się dawne zwyczaje ludu naszego. – Comber, tłusty czwartek, ostatni wtorek, bachusy, były u nas dawniej dniami hulanki, pijatyki, hałasów ulicznych i.t.p., i ja pamiętam jeszcze mnóstwo pijaków, szczególniej bab pijanych, śpiewających i pląsających na rynku, w ulicach; a teraz (r. 1843) tego niemiłego widoku, dzięki Bogu, coraz mniej się spotyka”, wspominał Ambroży Grabowski.

Co to jest tłusty czwartek i ostatni wtorek (dziś nazywany śledziówką, a kiedyś diabelskim lub kusym wtorkiem), wszyscy wiemy, ale bachusy i comber?

Bachusy to inna nazwa zapustów, czyli karnawału, albo, jak uściśla Zygmunt Gloger, jego ostatnich dni: „Karnawał, od carn-aval, mięsożerstwo, u nas pospolicie zapustem zwany. Ściśle biorąc, tylko 3 dni ostatnie przed Popielcem stanowią zapust, obszerniej – cały czas od Nowego Roku lub Trzech Króli aż do Popielca tak się nazywa. (...). Karnawał winien swój początek świętom pogańskim, lupercalia i bacchanalia zwanym”.

Mniej naukowo pisze o bachusach Konstanty Krynicki: „Wszyscy hulają do upadłego i czasami zarywają i parę dni postu: przebierają się, dowcipkują, śpiewają, a chłopcy obchodzą domostwa po wsiach i zbierają datki. Uosobieniem ochoty jest Zapust, parobek, ubrany w kożuch odwrócony kudłami na zewnątrz, w papierowej czapce z wstążkami, a w ręku trzymający drewniany toporek z dzwonkiem”.

Mantuański książę

W Krakowskiem i w samym Krakowie Zapust często był ubrany w sukmanę, miał wąsy namalowane sadzą, długie włosy zrobione z lnu albo konopi, na nich „czapkę papierową, wąską a bardzo wysoką, u której wierzchu zaczepionych było i rozpuszczonych wiele wstążek długich z papieru kolorowego”. Zawsze towarzyszyli mu muzykanci oraz Profesor mający na głowie ośle uszy i Dziad w łachmanach, z różańcem z ziemniaków u pasa i wielkim drewnianym krzyżem na piersiach. Dziad w jednej ręce trzymał bat z powroza na długim kiju, do opędzania się przed ulicznikami, w drugiej zaś wielki kosz na datki.

Gdy wchodzili do domu, Dziad pytał wielkim głosem: „Kto jesteś?”, a Zapust odpowiadał:

„Ja jestem Zapust, mantuański książę.
Przychodzę z dalekiego kraju,
gdzie psi ogonami szczekają,
ludzie gadają łokciami,
a jedzą uszami.
Słońce o zachodzie wschodzi,
a o wschodzie zachodzi,
a kurczę kokoszę rodzi,
każdy na opak gada,
a deszcz z ziemi do nieba pada”.

Potem Zapust przedstawiał swój orszak, nie szczędząc przytyków zwłaszcza Profesorowi, który nie zostawał mu dłużny, a gospodarze, śmiejąc się, wkładali do kosza placki, kiełbasę albo kawał boczku.

W Krakowie obok księcia mantuańskiego Zapusta był jeszcze król Mięsopust – słomiana kukła patronująca szalonym zabawom, którą włóczono po placach i ulicach, a w końcu w kusy wtorek uroczyście ścinano jej głowę na Rynku.

Babski comber

Rynek był także miejscem odprawiania babskiego combra. W tłusty czwartek krakowskie przekupki od rana okupowały szynkownie, a gdy już się odpowiednio uraczyły, zbierały się na Piasku, przed kościołem Karmelitów. Wszystkie były ubrane w worki albo suknie przewrócone na lewą stronę, a w rozczochranych włosach miały słomę, wióry lub paski kolorowego papieru. Rozgrzane gorzałką i piwem wybierały spomiędzy siebie marszałka i ruszały gromadą do Rynku przez Bramę Szewską, niosąc comber – wielką słomianą kukłę wyobrażającą mężczyznę.

W południe przejmowały władzę nad Krakowem i wtedy zaczynała się zabawa: baby rozbiegały się po Rynku i okolicznych ulicach i łapały przechodzących mężczyzn. Kawalerów szarpały za włosy, „wprzęgały ich do kloca i kazały go ciągnąć za to, że wywinęli się od małżeńskich obowiązków, ściągały z nich futra i szuby, stroiły – na pośmiewisko – w słomiane wieńce, a nawet włóczyły po rynku, zmuszając do tańca i nieprzystojnych podskoków najpoważniejszych nawet mieszczan krakowskich”. Podobno czasem krąg trzymających się za ręce i tańczących na Rynku był tak wielki, że otaczał całe Sukiennice. Można się było od tego wykupić, całując je po kolei i ofiarowując im pieniężny datek. O północy, na znak dany przez marszałka, baby rzucały się na combra i rozszarpywały go na strzępy.

Po powstaniu krakowskim i inkorporacji Wolnego Miasta Krakowa do Austrii policja austriacka zakazała obchodzenia combra, zabroniła także organizowania orszaków mantuańskiego księcia Zapusta. Jak pisze Władysław Anczyc: „Obydwa te zwyczaje ustały po roku 1846, kiedy wprowadzono urządzenie policji austriackiej i miejsce dotychczasowych ochotników zajęli austriaccy urlopnicy, którzy nader surowo karcili wszelkie objawy pustoty i prześladowali dawne zwyczaje”.

Czy można się dziwić sztywnym urzędnikom ck Austrii, skoro szalone dni wprawiały w zdumienie nawet Turków? „Swawole karnawałowe dawały okazje kaznodziejom staropolskim do nazywania ich nie zapustami, ale »rozpustami«. Patrząc na te płoche zabawy, jeden z ambasadorów Solimana II, powróciwszy do Stambułu, rozpowiadał, że w pewnej porze roku chrześcijanie dostają wariacji i że dopiero jakiś proch sypany im potem w kościołach na głowy leczy takową”.

Diabeł notuje

Z wybiciem północy rozpoczynającej środę popielcową nastawało panowanie śledzia i żuru – zaczynał się Wielki Post. Żeby ostudzić hulających, mówiono, że we wtorek zapustny za drzwiami karczmy stoi diabeł i spisuje wychodzących z niej po północy.

„Zeszła noc, a miedź święta woła do popiołu
od mięsa, od muzyki i hojnego stołu.
Jedni idą, zwiesiwszy do kościołów głowy (...),
ale drugich (a kto tak wiele policzy)
jeszcze skrzypki i dudy słyszeć na ulicy;
ci gonią dziewki, co je w kloce zaprzągają;
a one się nie barzo, widzę, ociągają,
ci chłopa w grochowiny ubrawszy prowadzą,
a do której gospody wprzód iść mają radzą”.

Bo karnawał nie tak łatwo daje za wygraną. Nawet stateczni krakowscy mieszczanie, którzy w kusy wtorek poszli spać o północy, a przez czterdzieści dni Wielkiego Postu przykładnie pościli, chcieli jeszcze trochę się pośmiać w środę popielcową. Znany w różnych regionach popielcowy zwyczaj nazywanym klockiem, polegający na wieszaniu „jelit lub drewienek za plecami tych co zapust na ożenek nie użyli”, w Krakowie wyglądał tak: „W dniu Popielca chłopcy uliczni biegają i wieszają na szpilce z tyłu żydom, wieśniaczkom, służącym, kawałki drzewa, kości, skorupy jaj i.t.p. Niekiedy z domów umyślnie wyprawiają po jakiś sprawunek na miasto takiego, komu klocek przywieszono. Ten, nic nie wiedząc o zdradzie, idzie przez ulicę, a za nim wszyscy się śmieją”.

Wojna karnawału z postem…
… wcale się nie kończy w środę popielcową – trwa nieustannie w naszych duszach i ciałach. Wiedzieli o tym dawni niderlandzcy malarze, wiedzieli współcześni bardowie.

„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku,
W oknach, bramach i przy studni, w kościele i w szynku.
Straganiarzy, zakonników, błaznów i karzełków
Roi się pstrokate mrowie, roi się wśród zgiełku.
(...)
Oszalało miasto całe,
Nie wie starzec ni wyrostek,
Czy to post jest karnawałem,
Czy karnawał – postem!
Dosiadł stulitrowej beczki kapral kawalarzy,
Kałdun – tarczą, hełmem – rechot na rozlanej twarzy.
Zatknął na swej kopii upieczony łeb prosięcia,
Będzie żarcie, będzie picie, będzie łup do wzięcia.
Przeciw niemu – tron drewniany zaprzężony w księży,
A na tronie wychudzony tkwi apostoł postu.
Już przeprasza Pana Boga za to, że zwycięży,
A do ręki zamiast kopii wziął Piotrowe wiosło.
(...)
Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
Widzę, co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku.
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki,
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki.
Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy.
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą:
Dusza moja pragnie postu, ciało – karnawału!”

Jacek Kaczmarski, Wojna postu z karnawałem

Bogna Ziembicka


Bibliografia:
„Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego”, t. 1, Kraków 1909,
Konstanty Krynicki, „Rys geografii Królestwa Polskiego”, Warszawa 1887,
Józef Łepkowski, „Przegląd krakowskich tradycyj, legend, nabożeństw, zwyczajów, przysłów i właściwości”, Kraków 1866,
Kasper Miaskowski, Popielec, „Rythmów Pawła Miaskowskiego część druga”, Poznań 1855