Bigos po krakowsku #4. Kiedy to się stało?

Zastanawialiście się kiedyś, które z popularnych powiedzeń jest najbardziej pozbawione sensu? „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”? To akurat szczera prawda i wie to każdy, kto choć raz sekundował swojej połowicy w brutalnej walce na śmierć i życie, zwanej dla niepoznaki wyprzedażą.

Nie chodzi też o „Idzie luty – podkuj buty”, choć ekooszłomy na każdym kroku starają się wmówić światu, że globalne ocieplenie wkrótce przyrządzi wam gotowaną marchewkę z groszkiem zanim zdążycie zebrać je z grządki.

Otóż najbardziej idiotycznym powiedzeniem jest „O gustach się nie dyskutuje”. Zastanówcie się. Cola z niebieską kontra cola z czerwoną etykietą. Mercedes klasy S kontra BMW serii 7. Schabowy kontra mielony. Mieszkanie w centrum kontra dom na peryferiach. Brunetki kontra blondynki. Oj, przepraszam. Zagalopowałem się. Przewaga brunetek akurat nie podlega dyskusji. Reszta to wyłącznie kwestia gustu i założę się, że nie raz toczyliście spory na jeden z powyższych tematów.

Ale ten przydługi wstęp miał na celu nie tylko rozprawienie się z bezsensowym powiedzeniem anonimowego autorstwa. Jest też ostrzeżeniem, że dalsza część tekstu w mniejszym lub większym stopniu wynika z moich gustów. Jeśli – całkiem słusznie zresztą – macie je gdzieś, to dobry moment, by skorzystać z dobrodziejstw oferowanych przez „X” w prawym górnym rogu ekranu.

***

Zima znów zaskoczyła drogowców. Dziewięć tysięcy ton soli wprost nie może się doczekać, aż białą kreską wymaluje na waszych butach i nogawkach sztukę nowoczesną. I wyżre w karoserii takie dziury, że zajmiecie wygodną pozycję za kierownicą bez otwierania drzwi. Matka Natura ma jednak inne plany i bawi się z MPO w kotka i myszkę. W zeszłym roku o tej porze już dawno byliśmy po pierwszej fali facebookowych uniesień, ozdobionych zdjęciami zaśnieżonych chodników.

Teraz śniegu nie widać i jestem za to Matce Naturze cholernie wdzięczny. Postawmy sprawę jasno: zima jest dowodem na to, że nawet Bóg czasem popełnia błędy. Mógł trochę pomajstrować, by pojawiała się tylko w miejscach, gdzie ludzie byliby z niej naprawdę zadowoleni – w górach. Ale gdy siódmego dnia miał na to czas, wolał odpoczywać, a teraz za walkę z tą białą zmorą płacimy rok w rok kilkanaście milionów złotych. Nie licząc pieniędzy wydawanych na nowe buty, spodnie i samochody.

***

Śniegu szczerze nienawidzą także pasażerowie kolei oraz ich oprawcy, zatrudnieni w jednej z dwóch tysięcy różnych spółek, składających się na doskonale funkcjonującą gałąź transportu spod znaku PKP. Jeśli pamiętacie grudniowy paraliż sprzed dwóch lat, wiecie o czym mówię.

Wkrótce będzie jednak inaczej. Całkiem niedawno przez Dworzec Główny wesoło przetoczyło się Pendolino. W dodatku samodzielnie, bez trzymanki i holownika, jak miało to miejsce we Wrocławiu. Przystanęło na chwilę, zamerdało ostatnim wagonem, mrugnęło ksenonem i odjechało w siną dal, gdzieś pod Nowy Sącz, zostawiając po sobie obietnicę lepszych czasów.

A więc w bliskiej przyszłości pociąg, który na rozkładzie widnieje we wtorek o 14:49, naprawdę pojawi się na peronie we wtorek o 14:49, a nie jak dotychczas w piątek, w porze znanej tylko maszyniście. A i to z dobową tolerancją. W środku będzie czysto i pachnąco, ogrzewanie będzie miało więcej niż dwa doskonale nam znane ustawienia: „Wył.” i „Tak cholernie gorąco, że gotujemy parówki w cisowiance”. A wizyta w toalecie przestanie kojarzyć się z odkrywaniem tajemnic oczyszczalni ścieków.

Luksus, na jaki zasłużyliśmy. Luksus, jakim Japończycy cieszyli się – nie żartuję – 49 lat temu.

***

Jak łatwo policzyć, nasza kolej nabierze prędkości większej niż wędrówka kontynentów w 50 urodziny swojego przodka, Shinkansena (polskie Pendolino przewiozą pierwszych pasażerów za mniej więcej rok). Nieźle, co? Też zastanawiacie się, kiedy to się tak spieprzyło? Przecież, jak powiedział Marcin Daniec, „pincet lat temu byliśmy mistrzami świata we wszystkim! W piłce nożnej, w futbolu amerykańskim, w NBA… To my decydowaliśmy kogo przyjąć do NATO!”  A pruski książę składał na Rynku hołd Zygmuntowi Staremu.

Dziś Prusacy śmigają autobahnami przez środek Berlina w swoich luksusowych SUV-ach, my zaś zastanawiamy się, jak uczynić z roweru pojazd całoroczny. ZIKiT podpisał umowę na zakup nowych stacji KMK Bike. Wraz z rowerami dodajmy, bo w przypadku tej miejskiej jednostki nie jest to tak oczywiste, jak mogłoby się zdawać. Mają być dostarczone do końca listopada, czyli właściwie w sam raz na mikołajki, a później święta. Na pohybel porom roku!

Na rowerze po karpia? Czemu nie? Grozi nam co najwyżej katar. I pożarcie żywcem przez sól przemysłową, wściekle rozsypywaną przez wynudzonego listopadem kierowcę MPO.

***

Przebój tygodnia: Nie oszukujmy się. Prędzej czy później to musi nastąpić. A wtedy "tę radosną pieśń na ustach nieś"...