Dominik Piła, obrońca Cracovii: W klubach z większą presją czujesz, że się rozwijasz [ROZMOWA]
Michał Knura, LoveKraków.pl: Nie jest pan pierwszym zawodnikiem Cracovii urodzonym w Świdnicy. Kilka lat temu grał w niej Jan Gol i był kapitanem.
Dominik Piła, obrońca Cracovii: W Świdnicy nie było dużych perspektyw na grę na wysokim poziomie. Kluby ugrzęzły na niższych szczeblach rozgrywkowych. Każdy, kto miał ambicje, próbował się gdzieś przebić. Najbliżej były Zagłębie Lubin, Miedź Legnica, Śląsk Wrocław. Ja też od początku myślałem, żeby spróbować sił gdzieś bliżej – w granicach Dolnego Śląska, ale na wyższym poziomie. Janusz zaczynał w Polonii Świdnica, a ja w Gryfie. To była bardziej akademia, nie mieliśmy drużyny seniorów. Kiedy trochę podrosłem przeszedłem do Polonii i występowałem w rozgrywkach wojewódzkich. Po szkole podstawowej przeniosłem się do szkoły sportowej w Legnicy. To nie była szkółka Miedzi, ale współpracowali ze sobą. Trenowałem tam od poniedziałku do piątku, a na weekendy wracałem do Świdnicy, żeby grać mecze ligowe. Trwało to trzy lata.
Potem przyszła kolej na Chrobrego Głogów, który raz zakwalifikował się do play-offów.
Przyszedłem tam w liceum. W pierwszej klasie jeszcze grałem w drużynach młodzieżowych, ale od drugiej klasy zacząłem trenować z pierwszym zespołem. Na początku nie dostawałem wielu minut, ale z czasem szans było coraz więcej. W ostatnim sezonie byłem już kluczowym zawodnikiem, a drużyna grała w barażach o ekstraklasę. Wtedy też dostałem powołanie do młodzieżowych reprezentacji Polski, co zaowocowało transferem do Lechii Gdańsk.
W Głogowie pracował pan z trenerem Ivanem Djurdjeviciem, byłym obrońcą Lecha Poznań.
Przyszedł do pierwszej drużyny z jasnym planem, by wziąć wyróżniających się zawodników z akademii. Postawił wtedy na pięciu, w tym mnie. Przez trzy lata pracowaliśmy razem, potem trener poszedł do Śląska, ja do Lechii. Było widać, że w jego żyłach płynie bałkańska krew. Gdy coś mu nie pasowało, to potrafił mocno dać to do zrozumienia. Dobre było to, że dobrze mówił po polsku, wiele wie o naszym kraju.
Wraz z odejściem z Chrobrego zaczęła się większa presja. Na mecze Lechii i Cracovii chodzi więcej kibiców, mają piękniejsze, większe stadiony.
Dla młodego chłopaka nawet gra w I lidze w Chrobrym i cała otoczka była na początku stresująca. Ale im więcej minut miałem na koncie, tym większa była pewność siebie. W klubach z większą presją czujesz, że się rozwijasz, że jesteś w lepszym miejscu. Choć bardzo szanuję Chrobrego – to stamtąd wypłynąłem – to jednak różnica jest wyraźna.
W Gdańsku przeżywał pan huśtawkę nastrojów. Spadek, awans z I ligi, potem walka o utrzymanie niemal do końca. A to wszystko w otoczce problemów klubu, zaległości wobec zawodników.
To były trzy trudne, ale bardzo wartościowe lata. Poznałem wielu świetnych ludzi, z którymi do dziś mam kontakt. Organizacyjnie bywało ciężko, ale potraktowałem to jak szkołę życia. Pierwszy sezon był słaby w moim wykonaniu. Drugi i trzeci – pełne wyzwań, ale też pięknych momentów, jak awans. Na koniec utrzymanie, czyli zrealizowanie celu.
Jak wspomina pan trenera, który was utrzymał? Bez Johna Carvera to by się nie udało?
To był człowiek, którego wtedy potrzebowaliśmy. Wniósł spokój, doświadczenie, kompetencje. Potrafił opanować szatnię, która była pod dużą presją, schłodzić rozgrzane głowy. Mimo trudnych momentów – jak seria czterech porażek – potrafił podnieść drużynę.
Przez kilkumiesięczne zaległości musiał pan zaciskać pasa?
Na początku było mi ciężko. Byłem młody, nie miałem jeszcze wielu oszczędności. Musiałem przeżyć i jakoś przetrwałem, a ostatecznie pieniądze do nas trafiały. Jak ktoś się zapożyczał, to potem spłacał dług. Nikt nie był zostawiony samemu sobie – starsi koledzy pomagali, szatnia była zgrana. To była też dla mnie cenna życiowa lekcja.
Jak mocno Lechia walczyła, żeby pan został?
Myślę, że bardzo. Klub i kibice chcieli, żebym przedłużył kontrakt, ale podjąłem decyzję, że odchodzę. Do końca dawałem z siebie wszystko, nie odpuszczałem, więc zostało to uszanowane. Kiedy kontrakt się skończył, byłem uczciwy wobec wszystkich, nie było kombinowania.
Trenerzy chwalą pana za wydolność i podłączanie się do akcji ofensywnych. Zawsze był pan nie do zdarcia?
Już jako dziecko dobrze wypadałem w testach wytrzymałościowych. To chyba trochę genetyka, a trochę dobre prowadzenie.
W ostatnich sparingach oglądaliśmy pana jako półprawego stopera w trójce. Jak bardzo musi pan wtedy hamować zapędy ofensywne?
Nie ukrywam, że ciągnie mnie do przodu. Gdy gram w ostatniej linii przed bramkarzem, muszę być bardziej odpowiedzialny. Kiedy występuję na skrzydle lub wahadle, to jeszcze mam za sobą kogoś, kto może naprawić błąd. Z tyłu to ja jestem tym, który musi naprawiać.
Jeszcze nie wiadomo kiedy, ale będzie okazja zagrać razem z Kamilem Glikiem, który wraca po kontuzji.
To postać formatu reprezentacyjnego. Kiedyś oglądałem go tylko w telewizji, teraz mogę się od niego uczyć. Nie tylko tego, co robi na boisku, ale też jego podejścia, charakteru, obecności w szatni. Jest żywą częścią drużyny. Trenuje już z nami i mam nadzieję, że niedługo zagra. To zaszczyt być obok niego.