Głośno, głośniej, najgłośniej - Cinemon w Alchemii
Było żywiołowo, energicznie i niezwykle głośno. Krakowski zespół Cinemon zaprezentował zachwyconej publiczności zgromadzonej w Alchemii utwory ze swojego najnowszego krążka „Perfect Ocean”.
Alchemia to jeden z tych krakowskich klubów, który tętni życiem zarówno w słoneczne soboty, jak i pochmurne środy. Nie inaczej było i tym razem – aby dostać się do ukrytej w podziemiach sali koncertowej, należało pokonać kręty slalom między stolikami wprost uginającymi się pod ciężarem kufli z piwem. Koncert to doskonałe zwieńczenie udanego wieczoru spędzonego w gronie znajomych, zwłaszcza, jeśli na scenie pojawia się wulkan energii, jakim niewątpliwie jest grupa Cinemon.
Zespół powstał w 2005 roku i ma na swoim koncie kilka nagranych albumów, wygrane w niezliczonej ilości konkursów i festiwalów muzycznych oraz dziesiątki koncertów w kraju i za granicą. Po wielu przetasowaniach w składzie, obecnie możemy podziwiać występy trzech niezwykle utalentowanych muzyków. Wokalista Michał Wójcik wygląda co prawda niczym współczesne wcielenie Jima Morrisona, jednak zespołowi bliżej muzycznie do złotej ery Black Sabbath czy Deep Purple. „Perfect Ocean” spodoba się każdemu, kto ma w swojej kolekcji choćby jedną płytę tych gigantów rocka.
Sądząc po ilości osób, które pojawiły się na koncercie Cinemonu, w Krakowie nie brakuje fanów mocnego brzmienia. Niewielka skądinąd sala pękała w szwach, a zabytkowe, niskie sklepienia jedynie potęgowały uczucie klaustrofobii. Widownia zdawała się jednak zupełnie nie zwracać uwagi na jakiekolwiek niedogodności. Wśród publiczności dostrzec można było zatem zarówno zagorzałych wielbicieli krakowskiej kapeli, jak i nieco zdezorientowanych widzów, którzy na koncercie pojawili się zapewne z czystej ciekawości. Jedni i drudzy zgodnie podrygiwali w rytm wygrywanych na scenie melodii.
Koncert w Alchemii rozpoczął się mocnym akcentem, jakim okazał się występ supportu. W doskonały nastrój wprawił publiczność zespół The Silver Owls, grający muzykę stylizowaną na retro-Americana. Warto było uzbroić się w cierpliwość – długie oczekiwanie na koncert zostało wynagrodzone i to ze sporą nawiązką. Skoczne dźwięki wyczarowywane przez gitarę, akordeon czy skrzypce dosłownie wprawiały nogi w ruch. Trochę szkoda, że ciasne podziemia Alchemii nie dają szansy na porządną potańcówkę.
Tak kapitalny i żywiołowy początek postawił poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Fani Cinemonu mogą być jednak dumni ze swojego idola – zespół znakomicie wywiązał się z zadania. Krakowska grupa dała występ, który na długo zapadnie w pamięci zgromadzonej w Alchemii publiki. Już pierwsze dźwięki gitary zapowiadały… niezwykle głośne show. Sala trzęsła się w posadach za każdym razem, gdy perkusista uderzał w bębny, a donośny głos wokalisty zdawał się penetrować grube ściany. Doskonale widać, iż muzycy z Cinemonu wkładają w występy całe swoje serce. Na scenie czują się niczym ryba w wodzie, nie mają żadnych trudności z nawiązaniem kontaktu z publicznością.
Nic dziwnego, iż rozochocona widownia gromkimi brawami i głośnymi gwizdami domagała się zagrania kolejnych utworów na bis. Alchemia z pewnością ugości Cinemon jeszcze niejeden raz.
fot. Dominika Filipowicz