Kraków tkwi w szczegółach: Tajemnicze zagaszacze
Jak często omijają nas tajemnice? Ile razy przeszliśmy koło kamienicy nie dostrzegając nic, oprócz brudnej fasady? Co kryją krakowskie mury? Niektóre z nich doskonale znacie. Na inne pewnie nigdy nie zwróciliście uwagi. Kryją się w nich historie, ludzie, przekleństwa, emocje, sentymenty. Warto zauważać szczegóły. Szczególnie w Krakowie.
Wyglądają jak stojaki na butelki. Kamienne bloki z dosyć szerokimi otworami. Pewnie nieraz minęliście je przy Sukiennicach, ale czy wiecie do czego służą? Ich przeznaczenie jest zaskakująco prozaiczne. To po prostu zagaszacze do pochodni.
W czasach, gdy skrócenie działania lamp ulicznych o godzinę wywołuje oburzenie mieszkańców, trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w XIX w. Kraków tonął w ciemnościach. Ciężko jednak w ogóle mówić o życiu nocnym miasta w tamtym okresie, bo mało kto poruszał się ulicami po zmroku. Nieliczni śmiałkowie musieli mieć ze sobą ręczne latarnie. Dodatkowo Kraków patrolowali viertelnicy - stróże pilnujący porządku i miejscy strażnicy. Oni także wyposażeni byli w takie XIX-wieczne latarki.
Nie zawsze było jednak tak dobrze. Przez wiele wieków Kraków oświetlały wyłącznie pochodnie. Mogły być wystawione przed fasadę domu lub mobilne, trzymane w rękach. Te pierwsze stosowano przede wszystkim w wyjątkowe i świąteczne dni. Na przykład z okazji wjazdu Henryka Walezego do Krakowa, Rada Miasta zarządziła szczególne rozjaśnienie ulic - od zmroku aż do samoistnego wypalenia pochodni. Czasem pochodnie oświetlały też figury i obrazy świętych, ale nie było to jednak pokaźne źródło światła. Te drugie były bardziej praktyczne i częściej stosowane. Chodzący po zmroku krakowianin dzierżył pochodnię w dłoni i oświetlał sobie fragment drogi przed sobą. Bogaci mieszkańcy zatrudniali nawet specjalną służbę, która rozjaśniała ich ścieżki.
Nie każdy spacerował jednak po nocy tak długo aż wypaliła się jego pochodnia. Dlatego przy wejściach do kamienic stawiano bryły do zagaszania ognia. Niektóre z nich wmurowano nawet w fasady. Dzięki temu każdy mógł przed swoim domem wygasić pochodnię. Z zagaszaczy korzystali też nocni stróżowie, którzy nad ranem dogaszali tlący się jeszcze w niektórych miejscach ogień.
Te użyteczne bryły przestały mieć znaczenie dla miasta razem w wprowadzeniem stałego oświetlenia. Kraków był polskim prekursorem oświetlania gazowego, pierwsze prezentacje tego wynalazku odbyły się już w 1830 roku, ale na stałe zaczęły funkcjonować 27 lat później. Pod koniec XIX wieku nastała era elektryczności i większość zagaszaczy zniknęło.
Dziś pojedyncze, zachowane relikty przeszłości można obejrzeć przy wejściu do Sukiennic, na ul. Św. Jana i ul. Kanoniczej. Niestety pełne są śmieci, upychanych papierków i resztek papierosów.