Mieszkańcy wycofują się z prac nad S7. „To wyraźny sygnał alarmowy”
„Brak udziału jest również wyraźnym sposobem zabrania głosu” – słowa Wojewody Małopolskiego Krzysztofa Jana Klęczara wyjątkowo trafnie opisują moment, w którym znalazły się dziś prace nad S7 Kraków-Myślenice.
Ponad 20 stowarzyszeń i komitetów społecznych zawiesiło udział w pracach zespołu powołanego przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Coraz większy dystans wobec tej formuły wykazują również samorządy.
Już podczas pierwszego posiedzenia zespołu zastępca prezydenta Krakowa Stanisław Kracik zapowiedział, że Kraków nie przystąpi do prac bez spełnienia podstawowych warunków brzegowych, w tym faktycznego rozszerzenia obszaru analiz. Podczas ostatniego posiedzenia podobną decyzję ogłosił również burmistrz Myślenic, wstrzymując udział gminy w pracach zespołu i podważając jego zdolność do prowadzenia rzeczywistego dialogu.
Nie demonstracja, a sygnał alarmowy
To nie jest demonstracyjny gest obrażonych uczestników procesu. To wyraźny sygnał alarmowy.
Po czterech latach protestów, miesiącach spotkań i ujawnionych błędach oraz zaniedbaniach coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że obecny proces nie prowadzi do rozwiązania problemu komunikacyjnego Małopolski, lecz do jego pogorszenia i dalszego pogłębiania konfliktu ze stroną społeczną.
Dziś nie chodzi już wyłącznie o przebieg jednej drogi ekspresowej. Stawką stało się zaufanie obywateli do instytucji publicznych oraz pytanie, czy Generalna Dyrekcja potrafi jeszcze wykonać krok wstecz, zanim popełni kolejny błąd.
Mieszkańcy uwierzyli w „nowe otwarcie”
W marcu ogłoszono nowe otwarcie w sprawie S7. Koordynację prac przejął warszawski oddział GDDKiA, a powołany zespół miał stać się przestrzenią dialogu między urzędnikami, samorządami i stroną społeczną.
Wielu mieszkańców potraktowało te deklaracje poważnie. Liczono, że po miesiącach chaosu pojawi się większa transparentność, odpowiedzi na zaległe pytania i rzeczywista rozmowa.
Od tego czasu odbyło się pięć spotkań - w Warszawie, u wojewody i podczas posiedzeń zespołu. Dla wielu uczestników stały się one jednak momentem rozczarowania.
– Zaufanie mieszkańców zostało już tak bardzo nadszarpnięte, że bez realnych decyzji i dokumentów nie jesteśmy dziś w stanie wierzyć wyłącznie w deklaracje urzędników. Zbyt wiele pytań i formalnie złożonych wniosków od miesięcy pozostaje bez odpowiedzi, a kolejne postulaty mieszkańców są odkładane lub odrzucane – mówi jedna z mieszkanek gminy Mogilany.
To właśnie dlatego coraz więcej organizacji społecznych uznało, że dalszy udział w obecnej formule zaczyna przypominać udział w dekoracji dialogu, a nie w realnym procesie poszukiwania rozwiązania.
Nie o tym, co najważniejsze
Największy paradoks całego procesu polega na tym, że mieszkańcy zostali zaproszeni do rozmów, ale nie mogą rozmawiać o kwestiach, które uważają za kluczowe.
Podczas spotkań można opiniować kryteria czy wagi analiz, natomiast brakuje przestrzeni do rozmowy o sensie całego modelu planowania przestrzennego i transportowego, a nie wyłącznie jednej inwestycji.
Mieszkańcy od miesięcy pytają o to, jaką przepustowość będzie miała zakopianka po modernizacji, ile ruchu wytrzyma przeciążona A4, dlaczego analiza nie obejmuje całej aglomeracji i dlaczego problemy geologiczne czy hydrologiczne południowego korytarza mają być badane dopiero później.
Na te pytania nadal nie ma jasnych odpowiedzi.
Zamiast tego stronie społecznej proponuje się udział w opiniowaniu fragmentów analiz, bez dostępu do pełnych danych i metodologii. Powstaje wrażenie współdecydowania, choć ostateczne decyzje pozostają po stronie GDDKiA.
To sytuacja trudna do zaakceptowania również dlatego, że mieszkańcy i samorządy reprezentują naturalnie odmienne interesy lokalne. Kraków, Wieliczka, Mogilany czy Myślenice patrzą przede wszystkim na dobro swoich społeczności. Dlatego znalezienie rozwiązania dla całej aglomeracji powinno należeć do państwa i niezależnych ekspertów, a nie być przerzucane na uczestników sporu.
Problemem nie jest tylko droga
Przez lata dyskusję o S7 sprowadzano do pytania: którędy poprowadzić brakujący odcinek ekspresówki między Krakowem a Myślenicami.
Tymczasem coraz więcej mieszkańców, samorządowców i ekspertów zwraca uwagę, że to myślenie jest zbyt wąskie.
Problemy komunikacyjne Małopolski to nie tylko brakujący fragment S7, ale również przeciążona A4, modernizowana zakopianka, rosnący ruch wokół Krakowa i brak spójnego zewnętrznego ringu dla całej aglomeracji.
To właśnie dlatego strona społeczna od miesięcy postuluje szerszą analizę, obejmującą cały układ komunikacyjny regionu.
Dodatkowo południowy korytarz, nadal forsowany przez GDDKiA, należy do najtrudniejszych terenów inwestycyjnych i jednocześnie do obszarów o najwyższej gęstości zaludnienia. Nakładają się tam problemy geologiczne, osuwiska, tereny górnicze, obszary chronione, wody podziemne oraz sąsiedztwo Swoszowic, Baryczy i Wieliczki.
Każde z tych ograniczeń osobno byłoby dużym wyzwaniem. Tutaj wszystkie występują jednocześnie.
Coraz częściej pojawia się więc pytanie nie tylko o przebieg drogi, ale o to, czy inwestycja w obecnie analizowanym korytarzu jest w ogóle realna i jakim kosztem miałaby zostać wykonana.
„Potrzeba mocnego resetu”
Podobne wątpliwości pojawiają się także po stronie ekspertów. Rektor Politechniki Krakowskiej, profesor Andrzej Szarata, mówi wprost: – Nie wyobrażam sobie poprowadzenia dalej tego projektu według koncepcji, które do tej pory zostały przedstawione.
Jak podkreśla, potrzebna jest „szersza paleta rozwiązań” analizowanych według tej samej metodologii.
Jeszcze mocniej brzmi jego diagnoza obecnej sytuacji: – W tym momencie, bez ostudzenia tych emocji, niewiele da się zrobić. Protesty będą się jeszcze nasilały i tutaj chyba potrzeba takiego mocnego resetu i zajęcia się od początku przebiegiem.
To właśnie słowo – reset – coraz częściej pojawia się dziś w rozmowach mieszkańców i ekspertów.
Krok wstecz nie jest porażką
Generalna Dyrekcja stoi dziś przed wyborem. Może dalej forsować harmonogram i próbować domknąć proces mimo narastającego konfliktu. Może też uznać, że po miesiącach protestów i ujawnionych problemach potrzebny jest krok wstecz.
Taki krok nie byłby porażką państwa. Wręcz przeciwnie – byłby dowodem odpowiedzialności.
Bo czas sam w sobie nie jest największym problemem. Problemem byłoby powtórzenie błędu tylko dlatego, że harmonogram okazał się ważniejszy niż rzetelność.
Mieszkańcy nie oczekują cudów. Oczekują pełnych danych, niezależnych ekspertów i spojrzenia na komunikację Krakowa w skali całej aglomeracji, a nie wyłącznie przez pryzmat brakującego odcinka drogi.
Jeżeli tego zabraknie, kolejne spotkania zespołu ponownie zakończą się tym samym – prezentacją, protestami i jeszcze większym brakiem zaufania.
Dziś najważniejsze pytanie nie brzmi już: kiedy powstanie S7?
Pytanie brzmi, czy państwo i decydenci potrafią jeszcze zatrzymać się na chwilę i przyznać, że ten proces wymaga prawdziwego resetu, zanim konflikt stanie się całkowicie nieodwracalny.
Mieszkańcy miast i gmin południa zaangażowani w sprzeciw wobec S7
W minionym tygodniu opublikowaliśmy list mieszkańca, który deklaruje pozostanie w zespole: „Megafon wieszam na oparciu krzesła”. Głos mieszkańca ws. S7 Kraków-Myślenice