Na innej planecie
Samo południe. Kopuły lśnią w promieniach dziennego światła. Drzwi otwierają się z cichym szumem, reagując na linie papilarne naszego przewodnika. Wchodzimy. Wszędzie błyszcząca stal, podłoga z nieznanego mi tworzywa. Światło wpada przez duże bulaje. Przechodzimy przez ogromne pomieszczenie z kulistym sufitem do kolejnych drzwi. Rozsuwają się, a przed nami otwiera się szklany tunel, prowadzący do następnej, mniejszej kopuły. Wchodzimy nie bez trudu. Powietrze wewnątrz nie zaprasza – nieprzyjaźnie wypycha na zewnątrz. Różnica ciśnień jest wyraźna. Tutaj podłoga jest inna, niż poprzednio – klei się do podeszw i zbiera najmniejsze drobinki kurzu z butów. Kolejne pomieszczenie nie ma okien. Z sufitu zsuwają się tuleje z lampami wewnątrz. Nagle ściany zaczynają się poruszać. Złożone są z małych prostopadłościanów, z których każdy obraca się wokół własnej, pionowej osi. W efekcie ściany zmieniają kolor i fakturę.
To nie jest fragment powieści Lema. Nie jest to też opis stacji badawczej NASA. To Polska. A dokładnie podkrakowska Alwernia. Jeszcze dokładniej – najnowocześniejsze studio filmowe w Polsce, a najprawdopodobniej w całej Europie: Alvernia Studios. Amerykański „The Hollywood Reporter” zaliczył tę wytwórnię do grona 10 najbardziej obiecujących na świecie. To tam powstały choćby „Essential Killing” Skolimowskiego czy nominowany do Złotego Globu „Arbitraż” w reżyserii Nicholasa Jareckiego.
Miejsce, w którym siedząc na krzesłach wyglądających jak fotele pilotów statku kosmicznego pracowało do niedawna 100 osób, dziś pustoszeje.
Rok 2011. Peter Jackson kręci w Nowej Zelandii „Hobbita”. Pojawia się poważny problem – twórcy filmu wchodzą w konflikt ze związkami zawodowymi nowozelandzkich aktorów, które zaczynają sabotować produkcję filmu. Jackson poważnie rozważa przeniesienie jej do innego kraju. Zaczyna rozmawiać z Alvernią. Rozmowy są praktycznie na finiszu, ekipa Alverni przygotowuje plenery w Górach Stołowych, sprzęt w studio jest gotowy. Jednak gdy reżyser dowiaduje się, że w Polsce nie ma żadnych ulg podatkowych dla branży filmowej, natychmiast wycofuje się z rozmów.
Ulgi podatkowe na produkcję filmową są prawie wszędzie – niedaleko szukając, wskazać można Węgry, Czechy czy Rumunię. Sięgają nawet 30% kosztów filmu. Są rodzajem dofinansowania z budżetu państwa. W naszym kraju nie ma żadnych tego rodzaju rozwiązań. Polska, która jest krajem „tanim” dla większości branż, w przypadku tej filmowej jest po prostu horrendalnie droga. To z tego powodu Alvernia Studios upada. Od maja ze 100 pracowników zostanie mniej niż 10.
Na ulgach podatkowych traci budżet państwa – ale tylko w teorii. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Pieniądze na produkcję trafiają na polski rynek i pobudzają go. Kraj ma darmową promocję. Rozwija się turystyka. Znakomitym przykładem może być rzeczony Hobbit i Nowa Zelandia. Po produkcji filmu pozostała zbudowana na jego potrzeby wioska hobbitów, która jest dziś ogromną atrakcją turystyczną, przyciągającą rzesze fanów filmu z całego świata. Ale są i bliższe przykłady. W Chorwacji turystykę filmową napędził kręcony tam serial „Gra o Tron”. Szacuje się, że każde euro wydane z budżetu na produkcję filmową daje od 5 do 8 euro zwrotu. Nie trzeba być ekonomistą, żeby zrozumieć, że to się po prostu opłaca. Niestety, polskie władze i urzędnicy takiej prostej rzeczy nie są w stanie pojąć.
W ostatnią środę Alwernię odwiedziła premier Kopacz. Zobaczyła klasztor Bernardynów, urokliwy rynek, zachwyciła się „energią miasteczka”. Nie zajrzała do Alvernia Studios. No bo po co. Tam już przecież jest prawie pusto. Patrząc, jak bezmyślnie rujnuje się polską branżę filmową, nie sposób nie zgodzić się z ministrem Sienkiewiczem, mówiącym, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”. I nie można mieć pretensji do Stanisława Tyczyńskiego, twórcy Alvernia Studios, który gorzko zaapelował do młodych Polaków: „uczcie się języków, wy*****lajcie z tego kraju i nigdy nie wracajcie”.
Łukasz Gibała - Poseł na Sejm RP