Nie będzie wynajmu stadionu w Mościcach „na ładne oczy”. Miasto ogarnia bajzel po żużlu
O ile w kategoriach pojmowania zasad dobrego wychowania można odbierać fakt wysłania pocztą kluczy do bram stadionu miastu przez żużlowych działaczy, o tyle oddawanie dzierżawionej przez lata „miejscówki” w stanie niepogorszonym na pewno już nie.
„Takiego syfu jak żyję, nie widziałem”
Po otwarciu kłódek przytwierdzonych do taniego chińskiego łańcucha urzędnicy zaniemówili. Po otrzęsieniu się z pierwszego szoku, ruszyli w głąb obiektu. Stąpali bardzo ostrożnie. Bali się, by tuż przed Wielkanocą nie połamać sobie nóg.
Widok, jaki zastali, budził grozę. Połamane fragmenty band, resztki reklam sponsorów, którzy wspierali tarnowski żużel, popakowane dokumenty, sterty opon, stojące pod chmurką zdezelowane traktory z przytwierdzonymi urządzeniami do równania toru, niezabezpieczone studzienki kanalizacyjne, kurtki i resztki sportowej odzieży.
Do tego odrapane ściany w pomieszczeniach. I odcięta woda. Zdążyć z oglądaniem trzeba było do zmroku. Bo prądu też już nie było.
– Na miejscu był bardzo duży bałagan, który teraz będziemy musieli posprzątać, bo obiekt jest własnością miasta – niezwykle dyplomatycznie opisywał zastaną sytuację zastępca prezydenta Tarnowa Maciej Włodek.
– Powinni byli oddać w stanie niepogorszonym. Prąd mieli z Grupy Azoty, wodę – z Tarnowskich Wodociągów. Czy się rozliczyli, nie wiem. My już podłączyliśmy media. Z nami czynsz mają uregulowany – dodawał.
Natomiast szef Komisji Sportu Rady Miejskiej Henryk Łabędź, nie owija całej sytuacji w bawełnę.
– Kto mnie zna, ten wie, że u mnie co w sercu to na języku. Takiego syfu, jaki żużlowa spółka pozostawiła w Mościcach nie widziałem jak żyję. To skandal. Przez lata byłem działaczem sportowym i w głowie mi się to nie mieści. Jaki pan, taki kram. Już wcześniej bałem się, że siadając na krzesełku przy mojej wadze 105 kilogramów ono się rozsypie – mówi nie kryjąc zdenerwowania.
Co tam jest?
Według oficjalnych danych, Stadion Miejski „Jaskółcze Gniazdo” może pomieścić 14 790 kibiców. Na głównej trybunie na plastikowych krzesełkach może zasiąść 3200 fanów sportu. ViP-ów w specjalnej loży zmieści się 90. Najwięcej miejsc, bo aż 5500 jest usadowionych na pierwszym łuku, tym od strony dworca PKP. To ukłon w stronę kibiców żużla, bo na „pierwszym łuku”, podobnie jak w Formule 1, najczęściej po starcie, trwa najbardziej zażarta rywalizacja.
Dla przyjezdnych wydzielono specjalny sektor. Witać można 500 gości.
Rekord frekwencji padł 26 września podczas finałowego meczu żużlowej ekstraligi między miejscową „Unią” a „Atlasem Wrocław”. Obiekt przy ul. Zbylitowskiej mieścił 25 tysięcy ludzi.
Do dyspozycji sportowców jest tor żużlowy o długości 392 metrów oraz boisko piłkarskie o wymiarach 104 na 68 metrów. Nad stadionem górują cztery słupy oświetleniowe, postawione na początku lat 70. ubiegłego wieku, z których płynie oświetlenie o mocy 900 luxów.
Skarbonka bez dna
Przez wiele lat stadion przy ul. Zbylitowskiej był własnością Zakładów Azotowych. W 2004 roku, gdy prezydentem Tarnowa był Mieczysław Bień, obiekt przejęło miasto. Była to forma spłaty długów fabryki wobec tarnowskiego budżetu.
Żeby było ładniej, w 2011 dodano do oficjalnej nazwy: „Stadion Miejski” człon „Jaskółcze Gniazdo”, o co apelowali kibice, szczególnie ci spod znaku czarnego sportu.
Ale wizytówką miasta obiekt od lat nie był. I z roku na rok popadał w ruinę. Wśród mieszkańców zyskał nawet miano: Stadio de la Gruz. Bo doraźne remonty niczego nie załatwiały. A plany rozbudowy czy generalnego remontu lądowały w szufladach i pokrywały się kurzem.
Ambicji i rozmachu pomysłodawcom nie sposób było odmówić. W najdalej idących marzeniach projektowano nawet stworzenie… podgrzewanego toru żużlowego.
Doraźnie, by nie drażnić kibiców i nie denerwować decydentów sportowych centrali, przede wszystkim motorowych, sypano doraźnie groszem. Ostatnio nawet niemałym.
W 2024 roku sejmik województwa, na wniosek wicemarszałka Józefa Gawrona, jeszcze wówczas działacza PiS, dał z budżetu 5 milionów złotych dofinansowania na remont. W tych pieniądzach odwodniono nawierzchnię, zamontowano bandy i wkręcono żarówki. W zamian województwo oczekiwało „promocji marki Małopolska”.
Dwa miliony złotych, dało od siebie miasto.
Dodatkowo, głosami mieszkańców, zdecydowano, że w ramach budżetu obywatelskiego na Jaskółczym Gnieździe zabrzmi nowe nagłośnienie a wyniki będą prezentowane na specjalnej nowoczesnej tablicy. Ta leży sobie dziś w garażach magistratu. Przed zniszczeniem chroni ją folia.

„Houston, Houston. Mamy problem”
„Jaskółcze Gniazdo” trafiło dziś pod skrzydła Tarnowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji.
– Formalnie jesteśmy na obiekcie dopiero od kilku dni. Pracy jest moc. Na razie myślimy, jak to wszystko ogarnąć. A na to potrzeba czasu – mówi Mateusz Starzec z TOSiR.
Trudno będzie jednak liczyć na jakieś wielkie wsparcie z budżetu Tarnowa. Finanse miasta są bowiem w opłakanym stanie.
– Fajnie było być przez wiele lat pod krawatem Azotów. Ale bajka się skończyła. Nie czarujmy się. Miasto pieniędzy nie ma. Pytam się więc: gdzie są posłowie? Opozycja dziś wali w PiS jak w bęben. A to przecież poseł Anna Pieczarka załatwiła kiedyś pieniądze na siatkówkę swojemu obecnie parlamentarnemu koledze, który ma zupełnie inne poglądy polityczne. Dało się? To niech się da i dziś – zżyma się Łabędź.
„Na ładne oczy nie wynajmiemy”
Miasto, nauczone ostatnim doświadczeniem, znacznie ostrożniej niż do tej pory będzie podchodziło do kwestii wynajmowania miejskiego stadionu. Szczególnie w długoterminowej perspektywie użytkowania.
W planach jest włączenie stadionu w działalność pobliskiej Hali Jaskółka, która niedawno doczekała się nowego dyrektora – Krzysztofa Czwartkiewicza.
Na zgliszczach tego, co jest chcieliby trenować piłkarze. Ale oczekują wyremontowania murawy. Chętnym okiem spoglądają też na obiekt zawodnicy „Hunters”. To także tarnowski klub futbolu. Tyle że w wydaniu amerykańskim.
Kibice nie wyobrażają sobie „Jaskółczego Gniazda” bez żużla. Misji ratowania tej dyscypliny sportu podjął się niedawno Waldemar Jasiński. To lokalny biznesmen, za którym ciągnie się jednak kontrowersyjna przeszłość.
Waldemar Jasiński, znany też jako „Góral”, ma na koncie 13-letni wyrok za przynależność do tak zwanego „Gangu Chowańca” z Nowego Sącza i udział w jednej z egzekucji, który przeprowadzali znani z okrucieństwa bandyci. Jasiński za kratkami spędził siedem lat.
Żużlowe tradycje w Mościcach zamierza też kontynuować najbardziej utytułowany zawodnik i wychowanek „Unii” Janusz Kołodziej, który prowadzi własna szkółkę żużlową.
Przyglądamy się każdej propozycji
Maciej Włodek cieszy się z każdej propozycji, która spowoduje, że miejski stadion w Mościcach nie będzie ulegał dalszej ruinie.
– Huntersi? Fajna rzecz. Do przemyślenia. Byłem na jednym meczu futbolu amerykańskiego. Sport widowiskowy, tyle że nie wiem, o co w nim chodzi. A właściwie, czym się różni od rugby. Pamiętam, że w rugby nie można podawać do przodu. Chyba, że wykopem. Na początek przydałby się spiker, który objaśniłby zasady gry. Ale jest to pomysł. Co do żużla? Rozmawiamy ze szkółką Janusza Kołodzieja – mówi.
Futbolistom w każdym wydaniu kibicuje też Henryk Łabędź, wieloletni piłkarz. Szansy jednak upatruje przede wszystkim w szkoleniu młodzieży z pobliskiej szkoły sportowej. Ale jak najmniejszym kosztem finansowym.
– Piłkarze się burzą, chcą jakieś podgrzewane murawy i inne cuda. Jak byłem mały, to ustawiało się teczki czy kamienie i się grało. Dać to młodzieży! Dać to „Huntersom”! Przecież futbol amerykański może być naszym towarem eksportowym jak żużel. Chłopaki grają już w kadrze. Potrzebują 40 tysięcy. Dałbym im, miasto bardziej już nie zbiednieje. Ratujmy, co się da. Póki na stadion nie wpadną strażacy i nie każą go zamknąć, żeby ktoś się tam nie zabił – konkluduje szef komisji sportu.