PAKA 2013: Benefis (Króla) Artura Andrusa

O współczesnej scenie kabaretowej można napisać książkę. Na pewno jeden z jej rozdziałów (i to dość obszerny) zostałby poświęcony osobie Artura Andrusa – człowieka wszechstronnego i utalentowanego. Wczoraj w ramach przeglądu kabaretów PAKA, Andrus wreszcie mógł zasiąść na tronie i – równocześnie – być zabawianym oraz zabawiać.

Muszę się przyznać bez bicia, że na wieczorze kabaretowym byłem pierwszy raz. Więc siłą rzeczy także pierwszy raz na benefisie. Forma tego typu uczczenia jednostki wybitnej mocno mi nie pasowała, bowiem ziała pustką i głupotą z ekranu telewizora. Z małymi obawami wybrałem się więc na PAKĘ.

I było tak jak myślałem. Każde słowo prowadzącego (genialnego Andrzeja Poniedzielskiego) było komentowane przez publiczność śmiechem. „Odruch psa Pawłowa”, pomyślałem. Ale nie minęło 15 minut, jak sam zacząłem w sposób niekontrolowany uśmiechać się, nieśmiało śmiać i bić brawo.

Magia kabaretu – inteligentnego, z wyczuciem i smakiem. Przekomarzania się Poniedzielskiego z Andrusem można by spokojnie spisać i układać z nich dialogi do filmów komediowych Woodego Allena. A co do Allena. Maria Czubaszek, wręczając prezent (no, bo w końcu święto to i prezenty potrzebne) porównała „solenizanta” właśnie z Allenem. Oczywiście miała na myśli aparycję oraz posturę.

Niezwykłym prezentem od kabaretu Jurki okazał się kostium… prosiaczka. W zasadzie Prosiaczka. Artur Andrus, z sobie znaną dystynkcją, pozwolił ubrać się w –  jak to określił Poniedzielski – śpioszki i założył wielką głowę. I tak stał sobie autor podwójnie platynowej płyty, po czym spokojnie zauważył, że „strasznie to wdzianko go obrało”.

Przez cały czas oprawę muzyczną wspierała grupa MoCarta. Popis wokalnych umiejętności dały wokalistki: Dorota Miśkiewicz, Małgorzata Zwierzchowska oraz Agata Słowicka, śpiewając Andrusowi piosenki napisane przez Szymona Jachimka.

Na scenie pojawiła się również scenka ze „Spadkobierców”, kabaret Hrabi zaprezentował kilka skeczów. I tutaj muszę się na chwilę zatrzymać, bowiem pisanie o kabarecie jest zupełnie pozbawione sensu, dlatego pozwolę sobie zrobić małą reklamę – przyjdźcie do Rotundy, pośmiejcie się, nie będziecie musieli czytać czyichś wypocin! A wiadomo, że śmiech to zdrowie.

Wracając do rzeczy, istoty wieczora, czyli Artura Andrusa, nie można nie wspomnieć o jego piosenkach. – Żeglarze mają mnóstwo szant, a narciarze całkiem niewiele – powiedział Andrus zapowiadając swoją piosenkę. – Postanowiłem więc napisać pierwszą szantę narciarską. No i napisał, i zaśpiewał. A publiczność była zachwycona. I chciała więcej.

No to dostała więcej. – Warszawskie podwórkowe kapele przedwojenne były jak Wi-Fi. Wchodziły na podwórko i każdy wiedział, co się w mieście dzieje – mówił Andrus zapowiadając kolejny utwór. Tym razem zebrał najważniejsze/najśmieszniejsze/najdziwniejsze tematy z krakowskiej prasy i stworzył z nich piosenkę. Nie do powtórzenia. Dlatego daruję sobie. Jedno jest pewne – w takich właśnie momentach objawia się geniusz humoru.

Kto zna „Glanki i pacyfki”? Ja nie znałem. Dlatego byłem w szoku. Słucham w tym momencie wersji studyjnej. Wiadomo jednak, że punk rock musi być „brudny”, surowy, a wokalista ma ryczeć i szaleć na scenie. – Grupa korekcyjna! – krzyczał Andrus pomiędzy zwrotką a refrenem, odnosząc się do historii, którą w materiale wideo przypomniał brat Artura, Ryszard (Andrus ponoć jak ognia unikał sportu). Wśród zebranych można było wtedy zobaczyć, kto ma jakie korzenie. Oj, chodziła mi nóżka, a innym nawet marynarki latały wokół głowy.

Na koniec zabrzmiała „Królowa nadbałtyckich raf”. I wszyscy wstali. I tańczyli.

Zobacz galerię zdjęć z Benefisu Artura Andrusa!