Prosta recepta na dożycie do następnych wakacji [ROZMOWA]
Jak do tej pory ocenia pani sezon kąpielowy? Tegoroczne statystki mówią już o ponad 210 ofiarach wody.
Gabriela Rybska, rzecznik prasowy krakowskiego WOPR: W tym roku spodziewaliśmy się większych statystyk z uwagi na to, że większość Polaków zostało w kraju. Od lat obserwujemy, że te liczby praktycznie się nie zmieniają, a jak już to rosną. Wiąże się to z tym, co zawsze – brakiem respektu do wody, wchodzeniem do niestrzeżonych kąpielisk. Cały czas spotykam się z alkoholem, narkotykami i ignorowaniem poleceń ratowników.
W swoim doświadczeniu mamy Bagry, gdzie praktycznie codziennie musieliśmy wzywać straż miejską albo policję, bo ratownicy nie radzili sobie z pijanymi plażowiczami. To się powtarza cały czas.
Czy można wskazać w Krakowie lub okolicach czarne wodny punkty – takie, jak kiedyś były na drogach – gdzie jest najmniej bezpiecznie?
Trudno w ten sposób to opisać. Z naszej perspektywy najwięcej akcji jest na Wiśle. Mnóstwo samobójców skacze z mostu, a do tego są pijani turyści, którzy decydują się na kąpiel w rzece. Zajmujemy się też bezpieczeństwem na szlaku żaglowym, bo należy pamiętać, że Wisła właśnie takim szlakiem jest. I obowiązują na niej zasady – choćby takie, jak ruch prawostronny czy obowiązek posiadania kamizelek ratunkowych. Czasem takiego podstawowego wyposażenia brakuje na jednostkach pływających.
Wbrew pozorom, najmniej bezpiecznie jest nad jeziorami i stawami – 55% wszystkich utonięć zanotowano właśnie w tych zbiornikach wodnych. Dlaczego rzeki i morze nie zbierają takiej liczby ofiar?
Rzeki są mniej atrakcyjne niż jeziora. Często nie mają łagodnych zejść i też ludzie mają gdzieś z tyłu głowy, że rzeki są mniej bezpieczne. Jeśli chodzi o morze, to od lat mamy tam mało utonięć. Przede wszystkim jest tam dużo wyznaczonych kąpielisk i nawet jeśli ratownicy pilnują swojego obszaru, to to, że ktoś postanowi w miejscu niewyznaczonym popływać, może liczyć na pomoc ratownika. On tak czy inaczej zaryzykuje swoje życie i zdrowie, aby uratować tonącego. Łatwiej też dotrzeć do osób, które potrzebują pomocy.
Wniosek z tego prosty: ratownicy muszą mieć czas, aby pomóc. Tam, gdzie ich nie ma, jest największe prawdopodobieństwo utonięcia.
Na wyznaczonych kąpieliskach praktycznie nie ma utonięć. Ratownik jest gwarancją bezpieczeństwa. A nawet jak zdarzy się wypadek, to nie jest on zaliczany do tzw. utonięć naturalnych.
Dlatego co roku apelujemy o to, żeby nie chodzić na niestrzeżone kąpieliska. Odoczywajmy tam, gdzie jest ratownik, słuchajmy jego poleceń i dożyjmy następnych wakacji.