Radość, której nikt ci nie odbierze. Krakowscy instruktorzy uczą skakać [ZDJĘCIA, VIDEO]

Dla niektórych to tylko jednorazowa zabawa, kilka najbardziej emocjonujących minut w życiu. Wielu jednak zaczyna tutaj swoją przygodę ze spadochroniarstwem, która trwa przez całe lata. Przez działającą przy lotnisku w Pobiedniku szkołę spadochronową KrakSky przewinęło się od początku jej istnienia już ponad 8 tysięcy osób.

Grzegorz ma na swoim koncie prawie 1500 skoków. Wcześniej był żołnierzem, teraz swój czas poświęca na szkolenie młodych adeptów spadochroniarstwa. Przychodzą różni ludzie. Większość to po prostu osoby, które chcą oddać jeden skok, często będący prezentem od znajomych czy formą spędzenia wieczoru kawalerskiego. W takim przypadku wystarczy podstawowe szkolenie – ostatecznie i tak za większość spraw odpowiada doświadczony skoczek, z którym skaczemy w tandemie.

– Nawet jeśli zrobią to tylko raz, to mają z tego satysfakcję, której im nikt nie będzie mógł zabrać. Nie są specjalistami, ale nie o to chodzi – mówi Grzegorz. Najtrudniejszy jest oczywiście moment wyskoczenia z samolotu, ale rzadko się jednak zdarza, by ktoś, będąc już w powietrzu, nie potrafił się przełamać.

Do Pobiednika przyjeżdżają też czasem turyści, którzy przy okazji zwiedzania Krakowa dowiedzieli się, że można tu skakać ze spadochronem. Wśród nich najwięcej Anglików.

Dwa dni szkolenia

Szkoła jednak stawia sobie poprzeczkę wyżej. Skupia się przede wszystkim na szkoleniu osób, które chcą stawiać kolejne kroki. Ci, którzy chcą skakać samodzielnie, przechodzą najpierw dwudniowe szkolenie teoretyczno-praktyczne i egzamin. Dzięki temu mogą już samodzielnie wyskoczyć z samolotu – przy czym spadochron na początku otwierany jest nie przez nich, a przy pomocy specjalnej liny przymocowanej do samolotu.

– W tym systemie skaczemy z wysokości 1200 metrów. Już po trzech sekundach spadochron jest otwarty. Skoczek musi sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a potem ma pięć do ośmiu minut lotu – opisuje Grzegorz. Te 1200 metrów to o wiele mniej niż w przypadku skoków w tandemie. Tam samolot wzbija się na 3, a nawet 3,5 tysiąca metrów.

Spadochron to ładnych kilka kilogramów materiału, linek, taśm i mechanizmów. Gdyby się nie otworzył, mamy w zanadrzu zapasowy, który uruchamiamy osobnym uchwytem. Jest też ostatnia deska ratunku: urządzenie, który na odpowiedniej wysokości i przy odpowiedniej prędkości samo uruchamia spadochron zapasowy. To może się przydać np. w sytuacji, gdyby skoczek zemdlał podczas skoku.

Bułka z masłem

Idziemy do namiotu, w którym przygotowują się skoczkowie. Czeka tam już grupa osób z instruktorem i pilotem. Na podłodze leżą równo ułożone spadochrony. Nieco dalej stoją wieszaki ze strojami.

Sprawdzenie listy, założenie spadochronów, czas na wskazówki. – Wiatr mamy północny, północno-wschodni. Starajcie się nie wychodzić za daleko. Schodzimy powoli, żeby skończyć mniej więcej tutaj – Grzegorz pokazuje trasę lotu na mapie. Z najmniej doświadczonym skoczkiem w grupie i tak będzie jeszcze w kontakcie przez radio.

– To jest samolot, z którego wykonywałem pierwszy skok w osiemdziesiątym dziewiątym – pokazuje na stojącego niedaleko pasa startowego Antonowa. Potem skakał jako żołnierz 6. Brygady Powietrznodesantowej. Historię związaną z wojskiem ma zresztą wiele osób zaangażowanych dziś w ośrodku. Niektórzy mają już nawet pięć tysięcy oddanych skoków. – Od pewnego momentu skupiasz się już na tym, żeby ci coś konkretnego wyszło, a nie na tym, czy spadochron się otworzy, czy nie.

Witam na ziemi

Niewielki samolot kołuje na pas startowy, po chwili jest już wysoko. Dźwięk silnika powoli się oddala, ale kilka minut później maszyna nadlatuje ponownie nad lotnisko. Wyskakują kolejne osoby, w tym Marek, dla którego jest to dopiero trzeci skok. Grzegorz co jakiś czas podaje mu wskazówki przez radio, równocześnie poprawiając na trawie dużą plandekę w kształcie strzałki, która ma wskazywać skaczącym kierunek lądowania. – Jeśli mnie słyszysz, skręć w prawo o 90. Bardzo dobrze, wróć do poprzedniego kierunku. Tak zostań – mówi. – Ustaw się zgodnie ze strzałką. Ręce maksymalnie do góry. Złącz nogi. Witam na ziemi.

Choć lotnisko wydaje się niewielkie, dla każdego wystarcza miejsca. Rano pojawiają się piloci szybowców. Z czasem swoje rewiry na niebie zajmują spadochroniarze, swój „kącik” mają też modelarze ze swoimi sterowanymi zdalnie samolotami, a pas startowy pozostaje wolny, by samoloty mogły startować i lądować. Nad wszystkim czuwa kierownik skoków – były trener polskiej kadry, skoczek z 40-letnim doświadczeniem.

1 from Video LoveKraków.pl on Vimeo.

 

Jak się chce, to wszystko można

O tym, że to sport dla wszystkich, świadczy przypadek Andrzeja. Ma 74 lata, w Pobiedniku jest stałym gościem. – 52 lata temu w wojsku zrobiłem osiem skoków. Wróciłem dziesięć lat temu. Najważniejsze, to żeby mieć pasję i chęć. Jak się chce, to wszystko można – mówi z uśmiechem. To ten typ człowieka, który może zawstydzić kolegów młodszych o całe pokolenia. – Zimą tylko morsowanie. Od razu się człowiek lepiej czuje – mówi i wychodzi przygotować się do skoku.

Przynajmniej co dziesiąty klient, który przychodzi tutaj tylko na jeden skok, zostaje na dłużej. Z każdą kolejną próbą prawdopodobieństwo pozostania rośnie. Skakanie wciąga, wciąga też towarzystwo pasjonatów – w końcu na lotnisku spędza się wiele czasu. Trzeba poczekać na swoją kolej, czasem skoki są przerywane z powodu pogody. Okazji do rozmów nie brakuje.

Żeby pójść jeszcze dalej i uzyskać świadectwo kwalifikacji, czyli spadochroniarskie „prawo jazdy”, trzeba skoczyć przynajmniej 50 razy i mieć 30 minut „wolnego spadania”. Chodzi o czas pomiędzy wyskoczeniem z samolotu a otwarciem spadochronu. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że w przypadku jednego skoku to czasem tylko kilkanaście sekund.

Startowali od zera

Krakowski ośrodek gromadzi amatorów spadochroniarstwa z dużej części południowej Polski. W promieniu 150 kilometrów skakania można się jeszcze uczyć w Nowym Targu, Katowicach, Gliwicach i Krośnie. Są też strefy spadochronowe, ale one (w odróżnieniu od szkół) nastawione są na rozrywkę, a nie na szkolenie, więc są skierowane do innych osób.

Szkoła działa od pięciu lat. Prowadzi ją emerytowany żołnierz, też Grzegorz. – Zaprosiłem do współpracy instruktorów z Krakowa. W pierwszym roku nie mieliśmy nic własnego, musieliśmy wypożyczyć samolot i sprzęt. W trzecim wypożyczyliśmy już dwa, a od czwartego mamy dwa własne – opowiada.

Dwudniowe szkolenie przeszło tutaj już 2200 osób. W tandemie skoczyło ok. 6 tysięcy. Sezon trwa od kwietnia do końca października, ale czasem trzeba zrezygnować ze względu na pogodę. – W deszczu da się skakać, ale jeszcze trzeba mieć z tego przyjemność – ocenia szef KrakSky.