Ryby, łosie, złoto – wyprawa z charakterem [Reportaż]

Wyruszyli nie w poszukiwaniu miast i architektury, ale przyrody – dzikiej i nieeksploatowanej. Większość czasu spędzili na autostradzie transkanadyjskiej, podróżując autostopem. Zanim jednak zaczęli przemierzać wielki kraj ze Wschodu na Zachód, pracowali w nim jako prości robotnicy. W sumie – 8 miesięcy pobytu za oceanem, by oderwać się od tego, co jest prozą życia. Czy było warto?

Dla  czwórki  krakowian wyjazd za ocean był wielką przygodą, która dostarczyła im masę nowych doświadczeń. Wyruszyli oni zimą – na przełomie 2013 i 2014 roku. W trakcie podróży do ekipy dołączyła jeszcze jedna osoba. Do Polski cały zespół powrócił po 8 miesiącach.

Praca środkiem, a nie celem

A dlaczego wybór padł na  Kanadę? – Bo tam jeszcze nie byliśmy… bo to duży kraj, dzika przyroda, raczej nie odkryta i nieeksploatowana, więc to nas urzekło. Generalnie lubimy podróżować i zdecydowaliśmy, że tym razem wybierzemy Kanadę jako celownik – odpowiada Wojtek,  jeden  z  podróżników. Chociaż motywem wyjazdu była wyprawa z jednego krańca kraju na drugi, to swój pobyt w Ameryce ekipa rozpoczęła od… zarabiania pieniędzy.

Praca była dla grupy środkiem do tego, co chciała zrealizować. – W momencie, kiedy skalkulowaliśmy sobie, że chcemy podróżować jakieś cztery miesiące i jakie są koszty dolecenia tam oraz życia, stwierdziliśmy, że prościej będzie zarabiać pieniądze w Kanadzie i wydawać w Kanadzie, niż zarabiać w Polsce i wydawać w Kanadzie, ze względu na różnicę walutową. Dodatkowo uznaliśmy, że praca w tamtym systemie prawnym będzie ciekawą przygodą. I była, bo jest masa różnic – jeżeli ktoś uważa, że Ameryka jest turbo rozwinięta względem Europy, to na pewno się myli, bo dużo rzeczy mają na pewno lepiej rozwiązanych, ale w wielu innych są naprawdę kilka lat za nami – mówi Wojtek.

Zaczęli w Toronto

Członkowie ekipy nie szukali pracy w zawodzie, gdyż mieli tylko kilka miesięcy, by zebrać środki na wyprawę. – Cieśla, fabryka jedzenia, praca na dachach, sklepy… takie były prace – dodaje Wojtek. Podróż ekipy odbywała się w kierunku Wschód-Zachód. – Zaczęliśmy w Toronto, potem pojechaliśmy do Nowej Szkocji. Tam wykąpaliśmy się w Atlantyku i wracaliśmy na Zachód – mówi  Szymon, kolejny z uczestników wyprawy. Większość czasu grupa spędziła na trasie autostrady transkanadyjskiej, która „spina” całą Kanadę ze Wschodu na Zachód.

– Wystarczy odbić kilkadziesiąt kilometrów od niej i ciężko jest nawet samochód czasem zobaczyć – dodaje  Szymon. Trzeba podkreślić, że  zespół podróżował  autostopem. – Nam było szkoda kasy na kupienie samochodu, bo były strasznie drogie ubezpieczenia – stwierdza Wojtek, po czym dodaje, że przemieszczanie się autostopem posiada swoje pozytywne strony: daje szansę poznania nowych osób. Oczywiście, takie podróżowanie ma też i wady. – Samo jeżdżenie to 800 km między jednym a drugim punktem, gdzie trzeba łapać stopa. Czasem z tym się udaje i nie ma  problemu, robimy 1000 km dziennie. Czasem robimy 20 km dziennie i śpimy w rowie, co też daje kupę przyjemności – mówi.

To ci od żubrów

Krakowianom udało się przeprawić przez krainy Wielkich Jezior, Prerii, Lasów Deszczowych oraz Gór Skalistych. – Wielkie Prerie to pierwsze miejsce w Kanadzie, gdzie nie byliśmy rozpoznawani jako ci od pierogów, alkoholu, ewentualnie od Papieża, tylko od żubrów – żartuje  Wojtek. Szymon z kolei dodał, że krajobraz Gór Skalistych bardzo przypomina nasze Tatry, ale pod jednym warunkiem – wszystko jest dziesięć razy większe i jest tego więcej. Obcowali głównie z przyrodą, choć wstąpili też do kilku większych miast. Oprócz Toronto odwiedzili między innymi Montreal oraz Quebek.

Ekipa krakowskich podróżników nocowała przede wszystkim na kempingach. Poza tym, gościnności użyczali im w swoich domach ludzie, poznani w ramach przejażdżek autostopem. Co natomiast z wyżywieniem? – Naszym problemem było to, że przemierzaliśmy dość duży kawał kraju i zboczywszy z głównej autostrady, po prostu ciężko było o ludzi, zakupy artykułów spożywczych – mówi Szymon. – Pierwszy raz w swoim życiu determinowałem długość mojej wycieczki przez ilość jedzenia, którą potrafię sobie zapakować do plecaka – dodaje.

Gdy się wraca do normalnego życia…

Wyprawa ze Wschodu na Zachód pod hasłem „ryby, łosie, złoto”, była dla uczestników nie tylko świetną przygodą, ale i okazją do poznania innej kultury. – Trzeba też poznać ludzi, którzy w tej kulturze żyją i miejsce, w którym żyją, bo  to daje taką synergię i pokazuje, jacy ci ludzie są – opowiada Wojtek. Wycieczka wzbogaciła ich o nowe doświadczenia, pozwoliła dotrzeć do głębi charakteru i osobowości. – Takie podróże dają dużo wiedzy o samym sobie i swoich jakichś słabościach, wyzwaniach, czy rzeczach, które się naprawdę ceni, kiedy są już bardzo daleko stąd. Ale  również pozwalają spojrzeć na wiele rzeczy tutaj z innego punktu widzenia, co daje dużo refleksji, jak już się wraca do normalnego życia – dodaje.

Czym zatem jest podróżowanie i co ono daje? – Ruszenie się kawałek poza dom powoduje, że odrywamy się od tego, co jest prozą życia, ale również, że później to doceniamy. Podróżowanie to może nie tyle bycie włóczęgą na całe życie, ale właśnie umiejętność oderwania się i wygospodarowania nawet kilku tygodni w roku, żeby gdzieś pojechać dalej, powłóczyć się z plecakiem, pospać w rowie, poznać fajnych ludzi. To daje później kupę energii do normalnego życia i uśmiechu na co dzień – Stwierdza Wojtek. – Jeśli byśmy pojechali drugi raz, to wtedy tylko i wyłącznie: Zachód, Góry Skaliste i Północ, ponieważ tego nie widzieliśmy  – dodaje.

Monika Jaracz