Ściąga ludzi od św. Piotra i jest wiślackim wariatem. Został współwłaścicielem klubu

Kardiochirurg Jacek Piątek z Krakowskiego Szpitala Specjalistycznym im. św. Jana Pawła II miesiąc temu stał się właścicielem ponad 2 proc. akcji Wisły Kraków. Rozmawiamy o jego pracy, miłości do Białej Gwiazdy i o tym, jak chce pomóc klubowi.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Blok operacyjny jest dla pana drugim domem?

Dr hab. n. med. Jacek Piątek: Średnio w miesiącu operuję 30 razy. Każda operacja trwa średnio od czterech do sześciu godzin. Spędzam na bloku około 150-170 godzin miesięcznie, co daje pełnych pięć-sześć dni przy stole operacyjnym. I tak od 25 lat. 

Dłuższe przerwy?

Nie miałem. Na urlopie po dwóch tygodniach zaczynam się nudzić. To jest uzależniające. Starszym kolegom powiedzenie „stop” również nie przychodzi tak łatwo. 

Chciałby pan, by dzieci poszły tą samą drogą?

Starszy syn studiuje medycynę. Młodszego – ósmoklasistę – nie będę zmuszał. Najważniejsze, żeby robił to, co lubi.

Po kilku godzinach zaplanowanej operacji lub nagłego ratowania życia najbardziej boli głowa, nogi czy kręgosłup?

Kręgosłup, bo długo stoimy w jednej pozycji, operacje są wymagające. W pewnym wieku doskwiera to na tyle, że część kolegów jest już po operacjach. 

Klinika Kardiochirurgii w szpitalu Jana Pawła II w Krakowie
Klinika Kardiochirurgii w szpitalu Jana Pawła II w Krakowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

Lekarz potrzebuje lekarza.

Dokładnie tak. To nasza zawodowa przypadłość. Ja, na szczęście, jeszcze nie mam takiej konieczności.

Często pan bada serce?

Swoje? Nie, w ogóle.

Pan żartuje. Chodziłem kiedyś do lekarza, który mówił, by nie pić słodzonych napojów. Zawsze na jego biurku stała puszka z takim napojem. 

To nie jest dobre, sam edukuję pacjentów, jak należy dbać o swoje zdrowie poza szpitalem, choć czasami zdarza mi się prywatnie nie stosować tych zaleceń.

Chyba nie tylko panu.

To prawda. 

Lekarzu, lecz się sam.

Widzimy różne straszne rzeczy, ale nie bierzemy ich do siebie, nie myślimy, że możemy zachorować na tę samą chorobę. 

Jak przez ćwierć wieku zmieniła się kardiochirurgia?

Mam dużą skalę porównawczą i mogę powiedzieć, że technologicznie i technicznie nastąpił nieprawdopodobny przeskok. Techniki operacyjne i samo doświadczenie operacyjne są dziś na bardzo wysokim poziomie. Przez to pacjenci, którzy 20–25 lat temu byliby zdyskwalifikowani z powodu zbyt dużego ryzyka, dziś są standardowo operowani.

Da się to oszacować? Ilu pacjentów kiedyś usłyszałoby wyrok?

Trudno to dokładnie określić – myślę, że około 30 procent tych, którzy byli wtedy dyskwalifikowani, dziś spokojnie mogłoby być operowani.

Operacja serca
Operacja serca
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

Wtedy nie dostawali szansy na przedłużenie życia.

Odbywało się to drogą ewolucji. Dziś takim momentem przełomowym są operacje robotyczne, czyli system da Vinci. To jest rewolucja i duży przeskok technologiczny. Sam robot nie jest nowy – funkcjonuje w medycynie od 15–20 lat – ale wraz z doświadczeniem i wiedzą jest coraz szerzej wykorzystywany. W kardiochirurgii wcześniej nie był stosowany, a teraz coraz częściej wydaje się, że będzie „game changerem”.

W czym on was wyręcza? Skraca czas operacji?

Nie skraca. Daje przede wszystkim większy komfort pracy. Chirurg siedzi i steruje ramionami robota, nie stoi bezpośrednio przy pacjencie, operuje z pewnej odległości. Siedzi przy konsoli, steruje manipulatorami. Precyzja ruchów jest zdecydowanie większa, wizualizacja bardzo dobra. Jest też krzywa uczenia się, bo to zupełnie inna chirurgia niż klasyczna.

To są lata nauki?

Trzeba się wyszkolić w obsłudze systemu. Oczywiście zależy od dostępności, ale zwykle to kwestia roku, dwóch.

U was już się takie operacje wykonuje?

Jeszcze nie. Były wstępne rozmowy, że robot może się u nas pojawić. Myślę, że to kwestia czasu.

I pieniędzy.

Cały system to około 12–15 milionów złotych, plus szkolenia i inne koszty. Duży wydatek, ale przyszłościowy.

Robotyka w krakowskim szpitalu
Robotyka w krakowskim szpitalu
5 Wojskowy Szpital Kliniczny z Polikliniką SPZOZ

Czego pan nie robi przed operacjami?

Rano nie piję kawy, ale za to zawsze jest herbata, zwykle z sokiem malinowym. Przy długich zabiegach nawodnienie jest bardzo ważne.

A muzyka? Piłkarze wychodzą na murawę ze słuchawkami – kardiochirurg też?

Nie przed zabiegiem, ale w trakcie operacji muzyka jest standardem. Mamy system nagłośnienia na sali. Oczywiście, jeśli coś się dzieje albo jest zbyt duży harmider, to jest wyciszana.

Ile osób pracuje przy jednej operacji?

Trzech chirurgów, dwie instrumentariuszki i zespół anestezjologiczny. W sumie około 7–8 osób. Trzeba to wszystko trzymać w ryzach.

Pamięta pan swoją pierwszą operację?

Pierwszej nie pamiętam, ale pamiętam operację egzaminacyjną do specjalizacji, która decydowała o tym, czy zostanę specjalistą kardiochirurgii. Bardzo się denerwowałem. Pomagała mi wtedy doświadczona instrumentariuszka, która wręcz przytrzymywała mi dłoń. Wykonywałem wtedy klasyczne by-passy.

To jak w sporcie – gra zespołowa.

Zdecydowanie. Nie ma tu jednego aktora, ale musi być ktoś, kto dowodzi – kapitan zespołu – i podejmuje decyzje, zwłaszcza w sytuacjach krytycznych. W kardiochirurgii komplikacje często są śmiertelne, więc decyzje muszą być szybkie i trafne. Każdy element zespołu jest kluczowy.

Dyżur zawałowy
Dyżur zawałowy

Czas operacji się skrócił?

To bardzo zależy od chirurga. Jedni operują szybciej, inni wolniej. Im większe doświadczenie, tym sprawniej się pracuje, ale nie są to drastyczne różnice. Wolniej nie znaczy gorzej. Każdy ma swoje tempo.

Ile trwała najdłuższa operacja?

Po 10–15 godzin. Przeszczep płuc trwa 12–15 godzin. W Krakowie wprowadziłem program przeszczepów płuc. To dopiero drugi rok, raczkujemy, bo to bardzo długie i wymagające operacje.

Da się po takiej normalnie wrócić do domu?

Człowiek wychodzi na adrenalinie, ale gdy emocje opadną, bywa wręcz niebezpiecznie prowadzić samochód. Czasami nie pamięta się drogi do domu.

Następnego dnia znowu blok?

Tak. Kardiochirurgia to bardzo reżimowa praca. Dyżury, nagłe przypadki – to codzienność. W Nowy Rok po północy operowałem młodego chłopaka z pękniętą aortą. Gdyby przyjechał godzinę później, nie miałby szans...

Wypadek?

Nie, pękła mu aorta. Nie miał rozpoznanego schorzenia. Dojechał do nas ledwo żywy, a dzień przed naszą rozmową wyszedł ze szpitala z uśmiechem na twarzy. To daje poczucie, że się robi ważne, pasjonujące rzeczy.

Pomyślał pan kiedyś, że trochę jest przedłużeniem ręki Boga?

Nie. Jestem zadaniowcem, wiem, czego chcę, i często w życiu mi to pomagało. Po prostu wykonuję swoją pracę. Większości operowanych nie kojarzę, ale jest grupa pacjentów, których mam w pamięci od zawsze. To kilkanaście osób, które najbardziej mi zakotwiczyły w głowie, bo teoretycznie powinny już nie żyć. Jedną nogą byli już u św. Piotra, a udało ich się stamtąd ściągnąć.

Niektórzy powiedzą, że cud. U was funkcjonuje takie określenie?

Po części tak. Czasami nawet nas wszystko bardzo zaskakuje. Ja pół żartem, pół serio mówię, że jak ktoś ma żyć, to żyć będzie. 

Boi się pan dnia, w którym trzeba będzie odejść od stołu na zawsze?

Trochę tak. Nie ma granicy wieku, ale trzeba wyczuć, że biologia zaczyna przeważać na niekorzyść. Dłonie, koncentracja, podejmowanie decyzji. Z wiekiem trochę znów stajemy się jak dzieci, prawda? Każdy starzeje się inaczej.

Pan nie tylko operuje, ale uczy studentów, młodych lekarzy. Czy możemy być spokojni, patrząc na młode pokolenia?

Młodzież jest dziś mniej zdyscyplinowana, mniej obowiązkowa, bardziej jej zależy na work-life balance. Do tego szkolenie medyczne zostało rozszerzone na wiele instytucji, co obniża poziom. 

Sala szpitalna
Sala szpitalna
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Jak pan się odcina od ludzkich dramatów, śmierci? Jak radzi sobie z napięciem?

Wisła Kraków jest dla mnie odskocznią. Traktuję to jako pasję, szaleństwo – na pewno nie biznes. Synowie też kibicują, ale wolą chodzić z kolegami. Loża ich nudzi. Młodszy jest bardziej żywiołowy – często się spieramy o piłkarzy. Bardzo dobrze rozmawia mi się z prezesem Jarosławem Królewskim i to też miało znaczenie w moim zaangażowaniu.

Akcjonariat to pana pomysł? Kupił pan 19 tys. akcji, ma 2,13 proc. udziałów.

Rzuciłem kiedyś hasło, ale nie spodziewałem się, że to się wydarzy. Nie jestem żadną „grubą rybą”, tylko kardiochirurgiem. Chciałbym jednak dołożyć swoją cegiełkę – wiedzą, doświadczeniem organizacyjnym. 

Dokumenty podpisywaliście w pana gabinecie w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. św. Jana Pawła II.

Tak, w dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Miałem dyżur, więc nie mogłem wyjechać ze szpitala, zależało nam, by stało się to jeszcze przed końcem roku. 

Swoim autorytetem uwiarygadnia pan to, co robi klub?

Jestem przedstawicielem wąskiego środowiska. W Polsce pracuje kilkuset kardiochirurgów, mamy autorytet. Kardiologów jest wielu, ale kardiochirurgów już nie. Często nas mylą, wrzucają do jednego worka, a jest między nami różnica, podobnie jak w świecie prezesa Królewskiego, gdzie często nie rozróżnia się informatyka od programisty. 

W czym pan może pomóc Wiśle?

Lubię działać. Nie chcę funkcjonować na zasadzie „mam akcje, jest to napisane na stronie internetowej i tym się cieszę”. Chciałbym się podzielić wiedzą, doświadczeniem medycznym i organizacyjnym. Prezes Królewski ma wiele pomysłów na stworzenie rozwiązań na granicy sportu i medycyny. 

Jarosław Królewski
Jarosław Królewski
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Ostatnio ogłoszony projekt z dwoma krakowskimi uczelniami jest świetnie trafiony. Jeżeli to wejdzie w życie, to naprawdę mamy szanse zrobić coś wielkiego. W piłce ważna jest wydolność, a funkcjonowanie serca ma olbrzymie znaczenie dla sportowców. Razem z innymi specjalistami z mojej dziedziny możemy się włączyć do projektu. 

Często ogląda pan mecze ze stadionu?

Na wyjazdy nigdy nie jeździłem, jednak robię wszystko, by nie opuszczać spotkań u siebie. Gdy rozpisujemy dyżury, najczęściej nie biorę ich, bo mam coś do zrobienia w domu, ale ze względu na mecz Wisły przy Reymonta. Ludzie w pracy wiedzą, że jestem wariatem i jak jest możliwość, to czmycham na dwie-trzy godziny, a koledzy mnie zastępują. 

W ostatnich latach wokół Wisły tyle się działo, że serca kibiców były mocno narażone.

Serce troszkę już się zaadoptowało do tych porażek... Dobrze, bo przynajmniej teraz jest racjonalne myślenie, klub w końcu działa z głową. Drużyna i cały klub dojrzały do rywalizacji w specyficznej I lidze. W poprzednich sezonach męczyli się nieprawdopodobnie...

Już wystarczy, czas na awans.

Potrzebujemy go jak tlenu. Cały Kraków potrzebuje. Frekwencja na meczach to ewenement, mistrzostwo świata.

Klucze m.in. do gabinetu ma pan zapięte na wiślackiej smyczce.

Sporo pacjentów ją zauważa, woła do siebie i mówi: wie pan co, ja też jestem za Wisłą.

A ktoś zaprotestował i powiedział, że wiślakowi nie da się pokroić?

Takich sytuacji nie miałem. W naszym „heart teamie”, który kwalifikuje pacjentów do operacji, mamy sympatycznego pana profesora kardiologa, z którym bardzo się lubimy i szanujemy. Pan profesor jest kibicem Cracovii i w czasie konsyliów wbijamy sobie małe szpileczki. Gdy usłyszał, że jestem udziałowcem powiedział: „Coś ty zrobił, człowieku? Jesteś po złej stronie mocy!”. 

Mecz Wisła Kraków - Polonia Warszawa
Mecz Wisła Kraków - Polonia Warszawa
Mateusz Kaleta/LoveKrakow.pl

Wychował się pan w Makowie Podhalańskim. Od razu na myśl przychodzi mi Tomasz Hajto.

Z Tomkiem graliśmy razem w Halniaku! On z tyłu, ja z przodu. Wtedy jeszcze tak nie palił papierosów. Był klasycznym stoperem starego formatu – piłka mogła przejść, zawodnik nie. Spotkaliśmy się po latach zupełnie przypadkiem, na śniadaniu w hotelu w Szczecinie. Ja byłem na kongresie, a Tomek mieszkał w Niemczech. Zdziwił się, gdy mnie zobaczył. Jego nie dało się nie rozpoznać – żel na głowie, modne ciuchy. Cały „Gianni”. 

Kim pan chciał być jako dziecko?

Ojciec był lekarzem, więc od początku byłem wychowany w tym nurcie. Znajomi taty również ze środowiska medycznego często bywali u nas w domu. Na studiach od razu wiedziałem, że chcę być kardiochirurgiem.

Nie marzył pan o karierze piłkarskiej?

Był taki jeden moment w życiu, że mnie powołali do reprezentacji makroregionu. Pomyślałem, że pójdę do Gwarka Zabrze i tam skończę liceum, a po maturze może AWF. Natomiast mój ojciec, gdy to usłyszał, powiedział „po moim trupie, wykluczone, nigdzie nie jedziesz”. 

Z Wisłą związał się pan po przyjeździe do Krakowa na studia?

Tak, wtedy właśnie również grałem amatorsko w piłkę w lidze międzyuczelnianej, byłem kapitanem zespołu Collegium Medicum. Tak się to kręciło, a potem złapałem kontuzję więzadeł i piłka w tym wydaniu dla mnie się skończyła.