Wisła Kraków. Mariusz Jop: Jarosław Królewski wykonał dwa bardzo dobre ruchy
To druga część wywiadu przeprowadzonego ze szkoleniowcem Białej Gwiazdy 23 grudnia.
Pierwszą, o życiu i karierze Mariusza Jopa, a także indywidualnym podejściu do zawodników można przeczytać tutaj.
Michał Knura, LoveKraków.pl: W czerwcu mówił pan, że drużyna musi „odpalić” od pierwszego meczu. Udało się, ale czy pana również zaskakiwały rozmiary wygranych?
Mariusz Jop, trener Wisły Kraków: Nie spodziewałem się aż tak wysokich zwycięstw i średniej strzelonych bramek. Zespół prezentował się bardzo dobrze i był skuteczny, ale trzeba też spojrzeć na to, z kim się mierzyliśmy. Rywale grali otwartą piłkę, chcieli iść na wymianę ciosów, a my potrafiliśmy to wykorzystać. Założenie było jasne – bardzo mocno rozpocząć sezon, ponieważ chciałem uniknąć baraży.
Rywale przeważnie głęboko się cofali, bo w poprzednich sezonach potrafili dzięki temu nie przegrać. Teraz w pierwszych kolejkach było inaczej. Z czego to wynikało?
Spodziewaliśmy się ofensywnej Stali Mielec, bo trener Ivan Djurdjević lubi budować i atakować. Widzieliśmy też, że to zespół w trakcie bardzo wielkiej przebudowy po spadku i nie był zgrany. Pogoń Grodzisk Mazowiecki była pewną niewiadomą. Z jednej strony drużyna rozpędzona po awansie, ale tam też było sporo zmian, na czele z trenerem Piotrem Stokowcem, który przejął drużynę latem.
GKS Tychy – tu wiedzieliśmy, że trener Artur Skowronek wykonuje bardzo dobrą pracę. Mieli za sobą świetną wiosnę i początek sezonu też był w ich wykonaniu obiecujący. ŁKS był jednym z głównych faworytów do awansu, z kadrą skompletowaną na start. To marzenie każdego szkoleniowca, żeby mieć piłkarzy już na rozpoczęcie przygotowań.
Do Krakowa przyjechał też Śląsk Wrocław.
Spadkowicz, kolejny faworyt. Pamiętam opinie z tamtego czasu, że dopiero ten mecz będzie weryfikacją Wisły. Tydzień później, że jednak kolejny. I tak dalej. Wiem jedno: u nas jest ciągła weryfikacja. Po porażce z Miedzią Legnica w ósmej kolejce czytałem, że to już koniec projektu. Ile mieliśmy „kryzysów”?
Były słabsze momenty i mniej efektywna końcówka roku.
Specyfika pracy w Wiśle wiąże się z bardzo skrajnymi emocjami. Mówię to celowo, bo to nie jest racjonalna ocena sytuacji, tylko emocjonalna. W pewnym stopniu jest zrozumiała – kibic patrzy emocjami i przeżywa to w taki sposób. Teraz ma możliwości wszystko wrzucić do internetu i to robi. To jest jego prawo. Natomiast dla nas – sztabu, zespołu – jedną z najważniejszych wartości jest zachowanie balansu emocjonalnego.
Nie ekscytujemy się nadmiernie świetnymi meczami – a takich jesienią było wiele – i zachowujemy spokój po słabszym występie, remisie czy przegranej. Kiedy wokół nas zaczyna się pojawiać więcej hurraoptymistycznych lub negatywnych informacji, kluczem jest zachowanie spokoju. Bardzo o to dbamy, bo najważniejsza jest nasza wewnętrzna analiza i wnioski, które z niej płyną.
Emocje kibiców Wisły są skrajne. Albo wszystko jest super, albo do niczego.
Taka jest specyfika tego miejsca. Z jednej strony piękna, bo kilka lat temu emocje uratowały ten klub. To także frekwencja na stadionie, żywiołowy doping. Jest jednak też druga strona, kiedy kibic nie jest do końca zadowolony. Tak, emocje potrafią być skrajne, a ocenianie od Ligi Mistrzów do A klasy.
Śledzi pan media społecznościowe?
Zazwyczaj staram się tego nie robić, ale czasami mi się zdarza. Komentarze to jedno, natomiast chcę być na bieżąco z tym, co jest w mediach. Dziennikarze są opiniotwórczy i duże znaczenie ma sposób przedstawiania przez nich rzeczywistości. Zdecydowana większość osób, którzy przychodzą na konferencje prasowe, które się interesują Wisłą, są też jej kibicami. Oczywiście nie wszyscy, bo ktoś jest bardziej za Cracovią, ale ma taką redakcję, że też pisze o nas.
Można nie być i za Cracovią, i za Wisłą. Tak doktrynalnie.
Różne są historie, natomiast uważam, że my wspólnie tworzymy tę rzeczywistość i społeczność. Dla mnie bycie razem to oznacza tylko podążenie jedną drogą piłkarzy, trenerów, pracowników klubu i kibiców, ale także dziennikarzy. Trzeba wymagać, ale też wspierać, szukać pozytywów. Budować środowisko, pozytywną atmosferę, by pomóc zespołowi w osiąganiu sukcesów. Ponieważ wszystkim nam na tym zależy. Uważam, że mam obowiązek wiedzieć, co pisze się o nas w mediach. Nie muszę się zgadzać z opiniami, bo macie prawo mieć swoje zdanie.
Wrzucę kamień do naszego medialnego ogródka. Często jest już wystarczająco gorąco, a dokładane są kolejne drwa, by to ognisko było jeszcze większe.
Mam wrażenie, że w Polsce wolimy pisać o negatywnych rzeczach.
Ludzie szukają sensacji. Łatwiej to sprzedać.
Wiem, że to trochę znak czasów, natomiast uważam, że rolą dziennikarzy jest pewne rzeczy tonować. Każdy ma swoją robotę, ale może czasami jednak lepiej poszukać jednak pozytywów, niż uderzać w pewne tony. Ile to kryzysów miała Wisła jesienią? Według niektórych dziennikarzy kilka.
Miała gorsze momenty. I jeden wstydliwy występ w Pucharze Polski.
Dla mnie kryzys miała Legia Warszawa i jeszcze kilka innych zespołów. Wracając do nas – rzadko się zdarzają historie, że ktoś nie przegra meczu. Sinusoidalność formy jest naturalna. Chodzi o to, by jak najdłużej być na górze, powyżej kreski. Na końcu patrzymy na dokonania ostatniej jesieni i jesteśmy wysoko w tabeli, z dużą przewagą. To oznacza, że wykonujemy dobrą pracę.
Tak można zero-jedynkowo oceniać pracę sztabu i zespołu, ale wyniki nie mówią wszystkiego. Dla mnie ważne jest także rozwój indywidualny piłkarzy, całego zespołu, czy ma szerszy wachlarz możliwości, czy poprawił mankamenty. To samo tyczy się każdego trenera. Ja, jako główny, jestem twarzą projektu.
Dziś wszyscy zachwycamy się pierwszą częścią sezonu. Ta udana połowa drogi do ekstraklasy rodziła się jednak w bólach.
Gra w barażach nie była oczywista, walczyliśmy o to bardzo długo. Mecz tak się ułożył, że Miedź nas wyeliminowała i nastał bardzo smutny czas nie tylko dla mnie. Rozczarowani byli piłkarze, cały sztab, kibice – ludzie, którzy ciężko pracowali, żebyśmy doszli do miejsca, w którym chcieliśmy być. Wielu piłkarzy zadeklarowało, że będą szukali innych rozwiązań, z niektórych my zrezygnowaliśmy. Dużą niewiadomą była przyszłość Rodado, czy odejdzie.
Teraz mówimy, że za nami świetna runda, ale ja pamiętam, ilu zawodników miałem na obozie w Woli Chorzelowskiej, gdzie posiłkowaliśmy się chłopakami z drugiego zespołu, jaka była atmosfera. Nasz świetny start wcale nie był oczywisty.
Nie miał pan na obozie kompletnego zespołu, ale był już m.in. Julius Ertlthaler.
Prezes wykonał dwa bardzo dobre ruchy. Przyszedł Ertlthaler, lider GKS-u, i to był pierwszy sygnał, że Wisła nadal będzie walczyła o awans. Drugi kluczowy moment to podpisanie jeszcze dłuższej umowy z Rodado.
Do 2030 roku.
Angel nie był w komfortowej sytuacji. Stał w rozkroku: idzie, nie idzie. Latem doszła jeszcze śmierć potencjalnego nowego udziałowca w tragicznych okolicznościach... Wielu zawodników przyszło później, potrzebowało czasu. Zrobiliśmy naprawdę fantastyczny wynik, biorąc pod uwagę wszystkie elementy, o których teraz się nie pamięta. Mówimy o świetnych ruchach transferowych. Tylko kiedy one były? Na niektórych trzeba było dłużej czekać, bo początkowo Wisła nie była dla nich najlepszą opcją. Nasze wyniki na początku dały mocny impuls i pomogliśmy sami sobie.
Tak powinno być.
Jeden czy drugi zawodnik zobaczył, że jesteśmy na pierwszym miejscu, wygrywamy wysoko i może przejść do drużyny, która prawdopodobnie awansuje do ekstraklasy. Mógł sobie wpisać w kontrakcie, że po awansie będzie miał lepsze warunki finansowe, dostanie premię i tak dalej. Do tego niesamowita frekwencja i atmosfera na stadionie. Piłkarze pomogli klubowi. Po pierwsze trochę podreparować budżet, a po drugie – pozyskać nowych kibiców. Wielka sprawa, że będąc w I lidze, poprzez ciężką pracę i dobrą grę, potrafimy zdobywać kolejnych fanów.
Wróćmy do baraży, których chce pan uniknąć. Dlaczego są tak trudne dla takiego zespołu jak Wisła?
Sprzyjają drużynom, które grają reaktywnie – bronią nisko i liczą na stałe fragmenty czy szybki atak. Dla drużyny, która chce prowadzić grę, dominować w posiadaniu piłki i narzucać tempo, nagła zmiana sposobu gry na te dwa ekstra mecze byłaby niekorzystna. Piłkarze nie czuliby się komfortowo, do tego dochodzi kwestia dyspozycji dnia, szczęścia, pecha.
Chcieliście wypracować sobie przewagę, a teraz wystarczy ją kontrolować. Brzmi prosto, ale wiosną punkty nie będą spadać z nieba.
Mamy komfort i lepszą pozycję startową niż na początku sezonu. Ale to absolutnie nie jest koniec. Wręcz przeciwnie – teraz będzie trudniej. Dlaczego? Część zespołów będzie się broniła przed spadkiem, inne będą widzieć szanse na baraże albo bezpośredni awans. Nie będzie dużo meczów „o nic” dla wielu drużyn. Do tego dojdą trudne murawy po zimie. Żaden rywal nie odda nam punktów „za darmo” – na wszystko mocno zapracujemy.
Myślenie o serii zwycięstw czy datach awansu to pierwszy krok do problemów. Skupiamy się na sobie, na codziennej pracy, jakości treningu, utrzymaniu dobrej atmosfery. Każdy mecz będzie bardzo wymagający – niezależnie od rywala.
Niektóre boiska mogą wam nie sprzyjać, natomiast można być pewnym, że wasze będzie świetnie przygotowane dzięki współpracy z Szachtarem Donieck. Ukraińcy rozgrywają w Krakowie mecze pucharowe.
Murawa na stadionie przy Reymonta zawsze uchodziła za jedną z najlepszych w Polsce. Teraz, dzięki dużym nakładom, jest naprawdę topowa. To dzięki specjalnym lampom naświetlającym, nawożeniu, pracy większej liczby osób. My to czujemy. Porównując z poprzednim sezonem, kiedy boisko też było bardzo dobre, jest duża różnica na plus. Przy naszym sposobie grania przykłada się to na płynność podań i akcji. Współpraca z Szachtarem czasami uniemożliwia nam trenowanie na stadionie przed meczem, ale całościowo – dla drużyny, klubu i miasta – jest bardzo korzystna.
James Igbekeme latem odszedł z Wisły, ale za kilka tygodni wrócił. Życie rzadko pisze takie scenariusze.
Pod koniec sezonu był jednym z tych, którzy powiedzieli, że jeżeli nie awansujemy, to będzie chciał poszukać czegoś innego. To nie była wyłącznie kwestia pieniędzy, ale też ambicji sportowych. Finalnie stało się tak, że nie znalazł tego, czego szukał. Ten temat w klubie był otwarty, bo wiedzieliśmy, że to jakościowy piłkarz. Sam siebie postawił w trochę trudniejszej sytuacji. Wyszło mu to jednak na dobre, bo musiał wejść na naprawdę wysoki poziom, by wywalczyć miejsce w formacji pomocy, która jest naszą siłą.
James potrzebował trochę czasu, żeby się zbudować fizycznie. Najpierw wchodził na końcówki, a potem wygrał rywalizację. To też się zbiegło ze słabszym okresem Frederica Duarte i mogliśmy wykorzystać wielopozycyjność Kacpra Dudy i Ertlthalera, ustawiając ich wyżej, więc zrobiło się miejsce dla Igbekeme. Gdy wrócił do jedenastki, był jednym z naszych najlepszych zawodników.
Martwi pana odejście Igora Łasickiego?
Bardzo go cenię, nie tylko za walory sportowe. Zawsze mogłem na niego liczyć i mnie nie zawiódł w żadnym momencie, ale też bardzo go cenię jako człowieka. Dobro zespołu zawsze jest dla niego na pierwszym miejscu. Nawet jak nie grał, to zawsze był w pełni zaangażowany w trening.
Sporo też robił, by młodzi mieli poczucie, że są częścią zespołu, dawał im wsparcie. Nie każdy ma taki charakter, że wejdzie i zacznie się rozpychać łokciami. Są ludzie o trochę innym usposobieniu i stworzenie takiego środowiska pomaga im szybciej pokazać siebie. Z tego względu jest mi bardzo bardzo szkoda, że Igora z nami nie będzie.
Natomiast też rozumiem jego położenie. W Tychach mógł podpisać dłuższy kontrakt, pewnie będzie miał więcej możliwości grania. GKS zyskał dobrego piłkarza, ale też świetnego człowieka do szatni, który na pewno pomoże im w walce o utrzymanie w tym sezonie.
Wspominał pan w trakcie rundy o indywidualnej pracy z zawodnikami. Jak ona wygląda?
Jest zależna od czasu, który mamy między meczami. Na wiosnę tamtego sezonu było dość duże nasilenie spotkań [na początku kwietnia, gdy został rozegrany m.in. Superpuchar – przyp. red.], więc było mniej możliwości. Jesienią, poza tygodniami z Pucharem Polski, mieliśmy wiele około tygodniowych mikrocykli. Wtedy mamy czas, żeby poza treningiem zespołowym i formacyjnym zwrócić uwagę na trening indywidualny, pozycyjny. To nie trwa długo, są to wstawki po 10-15 minut, dwa-trzy razy w tygodniu.
Jeżeli ktoś najczęściej występuje na skrzydle i w tygodniu nie wykona żadnego dośrodkowania, to dlaczego mamy oczekiwać, że w meczu będzie wrzucał „na nos”? To jest element, który musi być cały czas przypominany i powtarzany. Kolejny przykład – jeśli Angel Rodado nie odda po treningu dodatkowo 30 strzałów na bramkę, to nie liczmy na to, że jak w spotkaniu będzie miał piłkę na 18. metrze, to będzie miał skuteczność, którą prezentuje.
Ostatnio czytałem rozmowę z Leszkiem Piszem, który słynął ze świetnego wykonywania rzutów wolnych. Po każdym treningu ćwiczył je przez 30 minut. Do czasu, jak poczuł, że ma twarde mięśnie czworogłowe uda. To jest stara piłkarska prawda: żeby robić coś dobrze lub bardzo dobrze, to trzeba to powtarzać.
Ciężko pracować.
Nie ma przypadku, że mamy coś dane i nagle ktoś świetnie uderza z 30 metrów, dośrodkowuje, przyjmuje piłkę, uderza głową, wyczuwa dystans. Wszystko to ćwiczymy – w zależności od pozycji i deficytów konkretnych piłkarzy – i mamy dużą efektywność. Bardzo ważna jest chęć piłkarzy i ona jest.
Wybiegnijmy w najbliższą przyszłość. Za wyborami sparingpartnerów kryje się jakaś filozofia? Zagracie m.in. z mistrzem Uzbekistanu, są też drużyny z Serbii, Ukrainy, Czech i Stal Mielec.
Nie jest tak, że bierzemy w ciemno każdego rywala, którego nam zaproponują. Zależy nam na drużynach, które prezentują dobry poziom, najlepiej z najwyższej klasy rozgrywkowej w swoim kraju. Ten warunek w przypadku drużyn zagranicznych na obozie w Turcji będziemy mieli spełniony.
A styl gry rywala?
Możemy zaplanować, że chcemy się sprawdzić z zespołem, który będzie bronił w ustawieniu 5-4-1 albo 5-3-2, by przećwiczyć atak pozycyjny. Natomiast jest tu pułapka, bo drużyna przeciwna może przez cały sezon stawiać na dane ustawienie, a w okresie przygotowawczym próbować innego. Dlatego na tym aż tak bardzo się nie skupialiśmy. Rywale są zróżnicowani, jakościowi. Mecze z nimi pozwolą nam przećwiczyć elementy taktyczne i być może nowe rozwiązania, jeżeli klub kogoś pozyska do drużyny.
Zajrzyjmy jeszcze do sparingowej kuchni. Macie duży wybór potencjalnych przeciwników?
Planując obóz najczęściej wybiera się pośrednika, który zajmuje się m.in. organizacją meczów kontrolnych. My jasno określamy dni, w których chcemy grać. Mamy tak zaplanowaną pracę, że gramy w środy i soboty. Pośrednik mówi, że w tych dniach może zaproponować takich rywali. Jeżeli któryś nam odpowiada, to go wybieramy.
Możliwy jest mecz z ciekawym rywalem, ale we wtorek lub piątek. Weryfikuje pan plany?
No nie, to by za dużo zmieniało. Podobnie nie jestem zwolennikiem wyjazdów, choć w tym roku zrobiliśmy dwa wyjątki z meczami ze Slovanem w Bratysławie i Pogonią w Szczecinie. Braliśmy pod uwagę klasę rywali, ale też aspekt kibicowski. Chcieliśmy dać satysfakcję naszym fanom, którzy w poprzednim sezonie bardzo rzadko mogli brać udział w meczach wyjazdowych.
Marzy pan o wysokim napastniku?
Może zacznę od przykładu. Jesienią reprezentacja prowadzona przez trenera Jana Urbana grała z Holandią. Rywal prezentujący bardzo wysoki poziom, świetnie wyszkoleni piłkarze. Nasza kadra broniła wtedy bardzo nisko i świetna drużyna nie dała nam rady strzelić gola po ataku pozycyjnym. To jest bardzo wymagający element gry.
Piłkarz dobry w atakowaniu pola karnego, a przede wszystkim groźny przy górnych dośrodkowaniach, dałby nam alternatywę. Dziś u naszych piłkarzy ofensywnych ani jeden nie imponuje wzrostem. Nie mówię tu o umiejętności finalizacji głową, bo na przykład Rodado ma to na świetnym poziomie. Natomiast to nie jest piłkarz, który ma 195 cm i wygra każdy pojedynek w powietrzu, z bardzo rosłymi obrońcami w I lidze.
Podsumowując, chciałby rozszerzyć pan wachlarz możliwości ofensywnych Wisły.
Taki piłkarz bardzo nam się przyda, natomiast nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że stanie się tragedia, jeżeli takiego ruchu nie wykonamy. Do tej pory pokazaliśmy, że można szukać innych rozwiązań. Wiem, że nasze możliwości finansowe są ograniczone, a zimą częściej trzeba płacić za zawodników.