Być albo nie być Aleksandra Miszalskiego. „Mam wątpliwości, czy jesteśmy gotowi”

W Krakowie coraz głośniej mówi się o możliwym referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego. Ale w to, że uda się je zorganizować, wątpią nawet krytycy obecnego prezydenta.

Referenda małe i duże

Dotychczas to Aleksander Miszalski chciał organizacji referendum. I to niejednego, bo prezydent zapowiedział, że w przyszłości raz w roku będzie go mogła przeprowadzić każda dzielnica, a mamy ich pod Wawelem osiemnaście.

W trakcie tych kameralnych referendów nie pytano by jednak mieszkańców, czy chcą odwołania szefa swojej dzielnicy. Bardziej o to, gdzie ma powstać zieleniec, a gdzie parking.

Zupełnie inne referendum, pod tytułem „być albo nie być”, mają szykować prezydentowi Miszalskiemu działacze Nowej Nadziei, która jest częścią Konfederacji.

Podobna inicjatywa nigdy wcześniej w Krakowie się nie powiodła. I nawet najwięksi krytycy Aleksandra Miszalskiego wątpią, że tym razem referendum dojdzie do skutku.

Początek roku zdecyduje

Informację, że ugrupowania opozycyjne chcą organizacji referendum za odwołaniem polityka z zajmowanej funkcji, podał kilka dni temu portal polsatnews.pl.

Ktoś wreszcie musi to skończyć – powiedział dziennikarzom jeden z polityków Nowej Nadziei.

W materiale zapowiedziano:

Krytyka ma przejść ze słów do czynów. Lokalne partyjne struktury [Nowej Nadziei, przyp. red.], we współpracy z kilkoma organizacjami, szykują się do uruchomienia zbiórki podpisów, która finalnie doprowadzić ma do referendum za odwołaniem prezydenta Krakowa.

Jak podali dziennikarze Polsatu, pierwsze konkretne działania politycy mają podjąć początkiem roku.

Urząd Miasta Krakowa w lustrze
Urząd Miasta Krakowa w lustrze
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Dlaczego Nowa Nadzieja chce zrzucić Aleksandra Miszalskiego z prezydenckiego stołka? Bo jak podkreślają jej politycy, szedł do wyborów z hasłem oddłużenia miasta, a ostatecznie sam Kraków zadłuża jeszcze bardziej.

– Szanse na to, że referendum uda się zorganizować, oceniam pół na pół – komentuje radny Michał Drewnicki, wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.

Dodaje, że referendum w Krakowie to nie jest łatwa operacja. – Każdy, kto mówi inaczej, albo nie zna realiów, albo cynicznie sprzedaje emocje. Tu nie wystarczy gniew w internecie ani kilka głośnych konferencji czy internetowe sondy. Mówimy o dziesiątkach tysięcy podpisów i o mobilizacji ponad 150 tysięcy mieszkańców – przekonuje.

Inicjatywa jednego ugrupowania

Również eksperci powątpiewają, że Nowa Nadzieja jest w stanie doprowadzić do referendum.

To na razie inicjatywa podjęta przez jedno ugrupowanie, które nie cieszy się w Krakowie dużym poparciem i nie posiada właściwych struktur, które są zdolne do sprawnego zebrania dużej liczby podpisów.
Dr hab. Maciej Zakrzewski, kierownik Katedry Historii Polityki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie

Oczywiście nie wyklucza, że wokół tej idei powstanie szeroka koalicja opozycyjna, co miałoby spore znaczenie. – Jednak należy wątpić, czy lokalne struktury Prawa i Sprawiedliwości czy środowisko Łukasza Gibały zechcą firmować inicjatywę Nowej Nadziei – twierdzi Zakrzewski.

I dodaje: – Pomysł referendum wygląda jak próba reperowania wizerunku po aferze „patelniowej” z udziałem jednego z najważniejszych i związanych z Krakowem polityków tej formacji.

Ekspert ma na myśli Konrada Berkowicza i jego słynne na całą Polskę zakupy w sklepie IKEA. Polityk został ukarany mandatem za to, że nie skasował części produktów o wartości ok. 400 zł. Kupował m.in. patelnię, a swoje faux pas tłumaczył nieuwagą.

Znikoma szkodliwość czynu

Politolog z uniwersytetu papieskiego przypomina, że w Krakowie nigdy nie udało się zorganizować referendum, które miałoby na celu odwołanie prezydenta miasta.

– Wyjaśnienie jest bardzo proste. Jacek Majchrowski był na tyle silnym politykiem, że organizacja tego typu referendum byłaby bezskuteczna – twierdzi Maciej Zakrzewski.

Zwraca ponadto uwagę, że kampanie referendalne zawsze wymagają pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. – Więc tym bardziej nie było chętnych do obstawiania przegranej sprawy. Oczywiście można podejmować tego typu działania, aby promować własną partię, ugrupowanie. To próbował robić niemal dekadę temu Łukasz Gibała, ale potem i on nie wracał do tego projektu – podkreśla nasz rozmówca.

Łukasz Gibała
Łukasz Gibała
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Gibała jest dziś liderem Krakowa dla Mieszkańców. Gdy chciał doprowadzić do organizacji referendum, występował jeszcze pod szyldem Logicznej Alternatywy. Był 2016 rok.

Do referendum ostatecznie nie doszło. Natomiast cała sprawa skończyła się w prokuraturze, która wszczęła śledztwo. Dotyczyło fałszowania podpisów pod wnioskiem o organizację referendum. Ostatecznie postępowanie zostało umorzone, ponieważ uznano, że społeczna szkodliwość czynu jest znikoma.

Wniosek z tej historii był jasny: to nie był dobry pomysł w ówczesnych okolicznościach. Szczególnie, że nie udało się doprowadzić do referendum i akcja zakończyła się na etapie zbiórki podpisów.
Dr hab. Maciej Zakrzewski

Mamy problem z referendami

Jak jest z organizacją referendów w innych częściach Polski? Ostatnio „Gazeta Wyborcza” podawała, że na Dolnym Śląsku odbyły się trzy, jednego dnia. Wszystkie nieudane. „Mieszkańcy nie byli zainteresowani odwołaniem swoich władz” – informowała gazeta.

Politolog z UPJPII zwraca uwagę, że w Polsce ogólnie mamy problem z referendami odwoławczymi, podobnie jak z wszelkimi wyborami uzupełniającymi.

Brak ogólnokrajowej kampanii wyborczej, często brak wystarczających środków na prowadzenie kampanii referendalnej, powoduje, że bardzo rzadko udaje się doprowadzić do zakładanego skutku, czyli odwołania prezydenta czy burmistrza – dodaje ekspert.

Zwraca uwagę, że często nie udaje się zebrać podpisów, nawet jeśli mamy do czynienia z politykiem, na którym ciążą dość poważne zarzuty. – Tak jak to było w przypadku obecnego prezydenta Wrocławia – wskazuje. I wylicza, że do chwili obecnej tylko czterokrotnie udało się odwołać prezydentów miast.

Na przykład w Zabrzu, gdzie do referendum doszło w tym roku. Mieszkańcy oddali nieco ponad 27 tys. głosów za odwołaniem ze stanowiska Agnieszki Rupniewskiej i w ten sposób zrzucili ją z prezydenckiego stołka. Przypomnijmy, że wybory samorządowe w 2024 roku wygrała jako kandydatka Koalicji Obywatelskiej.

Maciej Zakrzewski zwraca uwagę, że cztery udane referenda odbyły się w miastach średniej wielkości, liczących poniżej 200 tys. mieszkańców. – To jest wymowne – komentuje. I podkreśla: – Im większe miasto, tym trudniej zmobilizować dużą liczbę mieszkańców. Co ważne, wraz z liczbą mieszkańców wzrasta próg wyborczy, konieczny do odwołania. Zawsze jest to 3/5 ważnych głosów oddanych w wyborach.

To nie polityczny happening

Radny Michał Drewnicki podkreśla, że referendum nie jest celem samym w sobie.

To nie jest również forma politycznego happeningu. Referendum pojawia się wtedy, gdy ludzie czują, że żyje im się gorzej, że każdy będzie lepszy, byle nie obecny układ.
Michał Drewnicki, radny Prawa i Sprawiedliwości

Ocenia, że Aleksander Miszalski i Koalicja Obywatelska prowadzą politykę, która do tego referendum dąży. – Nie dość, że podnoszą koszty życia dla ludzi, to jeszcze nie mają (poza mglistą zapowiedzią metra) żadnych strategicznych wizji i planów, a na dodatek wykazują nieudolność i arogancję. To prosta droga do referendum – komentuje Drewnicki.

Michał Drewnicki, radny PiS
Michał Drewnicki, radny PiS
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Czy Aleksander Miszalski zasłużył, żeby go odwołać?

To nie jest kwestia jednej decyzji ani jednego błędu. To jest kwestia stylu rządzenia – podkreśla Drewnicki.

I dodaje: – Mieszkańcy widzą podwyżki, widzą cięcia tam, gdzie one najbardziej bolą, czyli w sprawach codziennego życia. Widzą też coś jeszcze: nagrody dla najbliższego otoczenia władzy, PR-owe obrazki i propagandę sukcesu, która kompletnie nie przystaje do rachunków, jakie co miesiąc płacą.

– Czy to już moment na odwołanie polityka Koalicji Obywatelskiej z funkcji? Mam wątpliwości, czy jesteśmy gotowi na to organizacyjnie. Natomiast nie przesądzam sprawy. Jedno jest pewne: obecna władza robi bardzo dużo, żeby tę rozmowę o referendum przyspieszać, zamiast ją wygaszać. I to jest dla prezydenta najpoważniejsze ostrzeżenie. Bo krakowianie zaczynają mieć ich serdecznie dość i niedługo rzeczywiście wywiozą ich na taczkach – kwituje Drewnicki.

Co istotne, może i politycy Nowej Nadziei mają plany referendalne i zaczynają wychodzić z nimi do mediów, ale nie są pierwszorzędnymi graczami w krytykowaniu Aleksandra Miszalskiego. 

Prezydentowi obrywa się z wielu stron: do opozycji w radzie miasta można dopisać jeszcze m.in. przewodniczącego Rady Dzielnicy I Stare Miasto Jana Hoffmana, który często wychodzi na mównicę i krytykuje działania Miszalskiego, niejednokrotnie powracając do jego przeszłości w branży turystycznej.

Z kolei o tzw. epidemii kolesiostwa pisze Rynek Krowoderski, wytykając prezydentowi, że w miejskich strukturach zatrudniani są politycy Koalicji Obywatelskiej bez odpowiednich kompetencji.

Dotychczas na krytyce się kończyło. O referendum publicznie raczej nie mówiono, prędzej w kuluarach.

Trudny proces reformowania

Sam Aleksander Miszalski nie widzi powodów, by w stolicy Małopolski organizować referendum odwoławcze. Mówił o tym w sierpniu tego roku na antenie Radia Kraków.

Niewiele jest referendów, które były w Polsce zakończone odwołaniami. To duże ryzyko dla partii, która chce to stosować – komentował prezydent.

I dodawał: – To oczywiście jednak dozwolone, demokratyczne. Najważniejsze, żeby były powody. Z tego co wiem, w Zabrzu nieco powodów się nazbierało. Było to uzasadnione.

Jednocześnie nie wyrzekał się swoich wpadek i błędów. – Wiem, że ten proces reformowania jest trudniejszy i wolniejszy, niż mi się wydawało – podkreślił polityk.

We wrześniu tego roku na łamach LoveKraków.pl opublikowaliśmy wyniki sondażu, z którego wynikało, że zdecydowana większość mieszkańców Krakowa nie widzi potrzeby organizacji referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego.

Jednak od tamtej pory dużo wody w Wiśle upłynęło, a mieszkańcy dowiedzieli się, że od przyszłego roku więcej zapłacą m.in. za bilety na tramwaje i autobusy.